piątek, 30 grudnia 2011

Na Nowy Rok...


Zanim zabrałam się do pisania noworocznego postu, rzuciłam okiem na moje wypociny sprzed 12 miesięcy, a brzmiały one tak:

"Od nowego roku zaczynam totalny DETOKS UMYSŁU. Bezlitośnie wyrzucę ze swojego życia wszystko, co toksyczne, co obniża jakość mojego życia, co sprawia, że jestem smutna, zdołowana i nic mi się nie chce. Kolejny rok będzie moim rokiem. Będę sama o sobie stanowić, będę się rozwijać, poznawać nowe miejsca i ludzi. Będę też uczyć się czegoś bardzo ważnego, akceptacji swoich ograniczeń. Tego, że nie muszę być najlepsza, najmądrzejsza, najładniejsza, najfajniejsza, najsilniejsza, że nikt tego ode mnie nie oczekuje. Nauczę się cieszyć z tego jaka jestem. Będę  nad sobą pracować, ale nie będę się tak surowo oceniać.Zadbam o swój rozwój intelektualny i fizyczny. Zacznę ćwiczyć ciało i umysł i wiecie co, zrobię to dla siebie, bo ten rok będzie MOIM ROKIEM. W tym roku się nie zakocham, bo najgorsze, rzeczy w moim życiu zawsze dzieją się z miłości. Moja frustracja, że nie jestem wystarczająca fajna, mądra, ładna, żeby mój chłopak mnie kochał. Zawsze gorsza od jego fantastycznych przyjaciółek, koleżanek, byłych dziewczyn. Nie zamierzam się znowu tak czuć. Dlatego też całe  niezmierzone pokłady miłości jakie mam w sobie będę pielęgnować, ale przeleję je na świat wokół. Będę pielęgnować przyjaźnie, które tyle wnoszą w moje życie. Jestem pewna, że w tym roku znajdę w sobie siłę, o której nawet nie miałam bladego pojęcia. Dzięki temu stanę się aktywna i będę działać, pomagać, zmieniać wszystko, co złe na to dobre. Będę dążyła do szczęścia przez samorozwój i dobrą zabawę. Życie jest kruche i ciągle nas zaskakuje, dlatego będę cieszyć się każdą chwilą. I wiecie, co BĘDĘ SZCZĘŚLIWA na przekór wszystkiemu i wszystkim. I mam nadzieję, że taką postawą zarażę innych weganizmem. :)"

Nie wiem, jak mi się to udało, ale chyba w dużej mierze wyszło... Jestem zabiegana, zapracowana, mam mało czasu dla innych i dla siebie. Trochę zaniedbałam też, szczególnie w drugim półroczu rozwój fizyczny, ale poza tym? Poza tym, muszę powiedzieć, że jestem całkiem niezła. 
Nie mogę narzekać na ten ROK, bo naprawdę w porównaniu z poprzednim traktował mnie bardzo łaskawie. I, kiedy myślę o wszystkim, co mam, to wydaje mi się, że narzekanie jest zupełnie nie na miejscu. 
Naprawdę czuję, że ten rok mnie rozwinął. Nauczyłam się tego, że bardzo dużo w naszym życiu zależy od nas, naszego nastawienia. Optymizm może zdziałać cuda. W tym roku odnalazłam w sobie siłę, której wcześniej nie miałam, a może zgubiłam ją gdzieś tam między gimnazjum, a liceum. Miniony rok okazał się dla mnie chyba najlepszy do wielu, może nawet kilkunastu lat. Mam przyjaciół, na których zawsze i wszędzie mogę liczyć. Czuję, że robię to, co mnie pasjonuje i sprawia mi przyjemność. Wreszcie, mam też Vegan Hooligan Crew i mogę realizować i rozwijać swoje pozamedyczne pasje, a to przecież też jest bardzo ważne, ponieważ era czasów, kiedy człowiekiem rządzi praca i kariera odchodzi w zapomnienie i trudno całe życie oprzeć na niej. 
I w tym roku, podobnie, jak w poprzednim,  przyszła na świat dziewczynka, która sprawiła, że moje życie stało się jeszcze bardziej kompletne. Mała jest rozkoszna i wierzę głęboko, że przed nią cudowne życie! Wiem, wiem, taka wyzwolona, taka wolnościowa, a tu pisze, że dzieci są spoko i jest rodzinna. No cóż, dla mnie to zupełnie się nie wyklucza, o ile ma się trochę oleju w głowie ;) 
Co mogę powiedzieć? Jest dobrze. Aż niepokojąco dobrze. 
Oczywiście myśląc lokalnie, globalnie itd. mam świadomość, zła które się dzieje. Widzę niepokoje społeczne, kryzys, drożyznę i tysiące innych problemów, jakie funduje nam współczesny świat. Wiem, że nastał czas, w którym nikomu lekko nie jest. 
Moje poczucie szczęści wynika jednak z tego, że pomimo tego wszechobecnego zła, wiem, że mam osoby na które mogę liczyć, wiem, że robię tyle ile umiem, aby zmienić coś złego, na dobre. Pomagam, jak mogę, rozwijam się i dbam o ten bliższy i dalszy mi świat. Jestem sobą, nie gram świętej, bo nią na pewno nie jestem. Niezły ze mnie łobuz, tak prawdę mówiąc, tylko, że w tej chwili jest to zupełnie nieważne. :) Liczy się to, że jestem potrzebna. Może tylko garstce osób, ale w tym momencie to cały mój świat. 


Czego chcę teraz? Kontynuacji dobrej passy. Życzę Wam i sobie tego, aby kiedy mówicie, śmiejecie się, w Waszym czynach, gestach, słowach, kiedy cokolwiek robicie, żeby w tym wszystkim była rewolucja, jakkolwiek ją pojmujecie. Aby w Waszej kuchni zadomowił się weganizm i tak już na zawsze!

Context


A tak personalnie...
( kto ma wiedzieć ten wie!).

Życzę Wam, Wszyscy Moi Drodzy Bliscy oddanych przyjaciół, którzy są w pogotowiu nawet o 3 w nocy! ( ja jestem, więc gdyby "coś" - mój nr jest Wam znany!). Żeby zdrowie nie zawodziło i nawet przeziębienie Was nie tykało! Abyście żyli tam, gdzie chcecie oraz z tym, z kim chcecie. Aby każdy dzień był mniejszą bądź większą przygodą. Abyście codziennie byli bliżej celów, które sobie wyznaczyliście. 
I żeby los oszczędził zdrad, złamanych serc i łez. 


A mi nie pozostaje nic innego, jak przybić sobie symboliczną piątkę z 2011. Było fajnie! Dzięki!

Brawo! 


piątek, 23 grudnia 2011

Pierniki drożdżowe last minute!

Jeżeli należycie do tego gatunku ludzi, którzy nie potrzebują w grudniu mrozu i śniegu, za to zupełną patologią wydaje Wam się brak pierników w zasięgu ręki, to mam przepis, który powinien Wam się przydać. Jeżeli grudzień 2011 jest dla Was koszmarnie zapracowany i zapomnieliście, żeby gdzieś tam w wolnej chwili upiec sobie pierniczki, które przypominają Wam śniadania, jak od Mamy, to przychodzę Wam z poniższym przepisem na ratunek. Kakao i pierniki, kanapa i kocyk. Film lub książka. I w sumie nic więcej mi do szczęścia w tym momencie nie jest potrzebne.  No prawie nic.
Pierniczki przyjechały ze mną do domu. W tym roku daję sobie trochę luzu z gotowaniem. Będzie to, co zwykle najpewniej nic więcej. Żadnych tam rewelacji. Szkoda mi energii, aby tracić ją na przygotowywanie jakiegoś wyszukanego jedzenia. Wiadomo przecież, że w tym wszystkim chodzi raczej o spotkanie z bliskimi,  trochę podróż w czasie do czasów dzieciństwa, kiedy wszystko było takie jasne i proste. Na pewno nie o to, aby się wykończyć w kuchni! :) 
Przepis zaadoptowałam od mojej starszej Sisty. Pierniczki nie są zabójczo słodkie, za to miękkie i puszyste. Takie może trochę dietetyczne, ale ja nie jest raczej poznańsko słodka, więc mi to zupełnie nie przeszkadza. Jeżeli wolicie słodsze to, po prostu posypcie je cukrem pudrem lub polukrujcie ( ja moje polukrowałam cytrynowym lukrem!) . Smacznego!




Składniki:
  • 1/2 kg mąki pszennej ( 400 g do wyrastania, 100 g do wyrabiania)
  • 5 dag drożdży
  • 1 łyżka oleju
  • 3 łyżki syropu z agawy
  • 3 łyżki cukru trzcinowego
  • 1/2 szklanki wody
  • 1 łyżka przyprawy piernikowej
W ciepłej wodzie rozpuścić cukier i drożdże. Oprószyć mąką i ostawić pod ściereczką. W rondelku rozpuścić olej z syrop z agawy i przyprawą korzenną.
Do miski wsypać mąkę,  dodać olej z syropem z agawy i przyprawą korzenną oraz drożdże rozpuszczone w wodzie z cukrem. Wyrobić gęste ciasto (jeśli potrzeba, podsypać mąką lub dodać wody). Ciasto zostawić na pół godziny do wyrośnięcia. Po tym czasie jeszcze raz je wyrobić ( podsypać mąką).
Ciasto rozwałkować niezbyt cienko. Wycinać foremkami ciasteczka, układać w odstępach papierze do pieczenia lub na macie silikonowej.  Zostawić na 10-15 min do wyrośnięcia.
Piec ok 10 min w 180 st. C.





Życzę Wam, aby najbliższe dni były dla Was fiestą. Każdy z nas ma na pewno swój powód do świętowania. Ja mam ich miliony. :)

A teraz tańczymy! MEKSYK! :) 




Przejęcie baru Prasowego Warszawa 19.12.2011

Kilka dni temu w mieście stołecznym Warszawa odbyła się bardzo ważna inicjatywa - grupa  świetnie zorganizowanych aktywistów zaskłotowała (przejęła), zamknięty z powodu podwyżki czynszu, bar mleczny - "Bar Prasowy". Jak na ironię, w chwili, gdy kryzys zaczyna zaglądać nam w oczy, ceny jedzenia rosną na potęgę, miasto, które już chyba całkowicie zapomniało, że ma służyć mieszkańcom, wszystkim bez względu na zasobność portfela, wiek, płeć i wykształcenie, postanowiło doprowadzić do zamykania placówek, które były stworzone i dostępne dla wszystkich. 
Okazuje się, że są jednak ludzie o otwartych głowach i ze świetnymi pomysłami. Tak powstała inicjatywa, działająca na zasadzie obywatelskiego nieposłuszeństwa, która 19 grudnia, właśnie dzięki fantastycznym i odważnym ludziom, doprowadziła, chociaż na kilka godzin, do przywrócenia do życia Baru Prasowego. 
Jak to zwykle bywa, pozytywne, prowadzone w granicach prawa działania społeczne, spotkały się z szybką reakcją uzbrojonej po zęby policji w liczbie 50 w szczytowym momencie!!! Chyba, każdemu daje to do myślenia...! Nie mam złudzeń, że wszystko jest nie tak...
Bar działał w godzinach 13:00-16:00, wydając w tym czasie około 250 posiłków, a przewinęło się przez niego około 400 osób, które zamanifestowały w ten sposób konieczność istnienia takich miejsc, gdzie za kilka złoty można zjeść przyzwoity posiłek. Miasto stawia na ekskluzywne knajpy, restauracje i kawiarnie, powoli wypierając mniej zamożnych obywateli na peryferia. Liczy się zysk, nie człowiek. 
A ja? Lubię mieć wybór i kiedy mam ochotę jeść kaszę gryczaną z buraczkami i marchewką z groszkiem za  3 zł, a kiedy mnie stać iść do fajnej kawiarni na latte sojowe. 
Bogaci będą jeszcze bogatsi, biedni jeszcze biedniejsi. Taka jest rzeczywistość? Owszem, jeżeli tylko  pozwólimy, aby ktoś ją za nas kreował i nie przejmiemy spraw we własne ręce. 
Mam nadzieje, że czarny scenariusz nie będzie miał miejsca i nie pozwolimy, aby zabierano nam to, do czego mamy prawo. Nie można pozbawiać nas przestrzeni, wolnych przestrzeni, które należą się każdemu w równym stopniu oraz ograniczać dostępu do pożywienia, opieki medycznej czy edukacji, kultury i sztuki. 
Sama, organizując lunche w Poznaniu, uświadomiłam sobie, jak ważne jest tworzenie wolnych, otwartych na mieszkańców, dostępnych dla każdego miejsc i inicjatyw. 
Dlatego trzymając kciuki, dalej będę śledzić poczynania warszawiaków i mam nadzieję, że w końcu skutecznie przejmą Bar Prasowy, który będzie służył mieszkańcom Śródmieścia przez długie lata. 
Nie dziwi fakt, że władza boi się oddolnych obywatelskich inicjatyw, wszak, jeszcze wyjdzie na jaw, że w sumie to jest mieszkańcom niepotrzebna, ponieważ sami się świetnie organizują i co wtedy...? 
Jak na razie, każdego, kto działa prospołecznie nazywa "skrajną lewicą", strasząc widmem krwionośnej rewolucji. Hmm... 

Więcej o akcji możecie poczytać na stronie PRASOWY . Śledźcie, co się tam dzieje i jeżeli macie taką możliwość wesprzyjcie działania ludzi, którzy chcą pomagać innym. NIE TYLKO OD ŚWIĘTA, ale ZAWSZE. 

I  od razu odpowiem na pytanie, które niedawno mi ktoś zadał: "Co z Tobą jest? Po co się tak w to wszystko angażujesz?" - Mi po prostu nie jest w wszystko jedno, tak więc los ludzi, zwierząt i planety nie przestanie mi być obojętny. W moim życiu nic nie jest przypadkowe - medycyna, weganizm, sprzeciw przeciwko licznym -"izmom"  itd. to tak naprawdę elementy mojego planu na życie, zamysłu, który powstał w mojej pokręconej głowie już baaaardzo dawno temu. 


środa, 21 grudnia 2011

O drugim lunchu i sałatce szpinakowo-buraczanej!


Na początek kilka słów o drugim wegańskim lunchu, który odbył się w minioną niedzielę. Jestem zachwycona ilością gości, którzy wzięli udział w naszej akcji. Pogoda sugerowała, aby nie wytykać nosa za próg domu. Zbliżające się święta i koniec roku też nie sprzyja relaksowaniu się w knajpie. A jednak! Na przekór wszystkiemu w Meskalinie nie zabrakło amatorów pysznego wegańskiego jedzenia. W dodatku udało nam się zebrać 350 zł dla Tary i cały kosz fantów dla dzieciaków z Domu Dziecka. Jestem dumna! Z Was, z nas...  
Kiedy już wreszcie mogłam ruszyć na "obchód" Meskaliny (tym razem obstawiałam "bramkę" przez większość imprezy), prawie rozpłynęłam się ze szczęścia i zadowolenia. Grupki znajomych i przyjaciół przy stolikach, wszyscy najedzeni, wypoczęci, zrelaksowani, rozmawiali, żartowali. Totalnie pozytywnie, energetycznie. Jakby negatywne emocje nie istniały. 
Wydaje mi się, że brakowało w Poznaniu takiej inicjatywy i wpasowałyśmy się z nią idealnie. 
Jeżeli o mnie samą chodzi, to fakt, że w tej edycji proponowałyśmy kuchnię świąteczną niekoniecznie mnie cieszyło. Nie czuję się ekspertem kulinarnym w tej kwestii.  Dlatego bardzo cieszę się, że to za mną i mogę już Was zaprosić na kolejną edycję, która odbędzie się 22.01.12.
Miejsce to oczywiście prze-najlepsza Meskalina. Tym razem zabierzemy Was do gorącego Meksyku. Już  nie mogę się doczekać! Obiecuję, że będą informować na bieżąco o wszystkim, co planuje Vegan Hooligan Crew. :)

Tymczasem podrzucam tu przepis z ostatniego lunchu, ponieważ sporo osób pytało o  recepturę tej sałatki. (pozdrosy dla Mani! :*)

 pic by Sylwia 

Składniki:
  • 1 kg świeżego szpinaku
  • 250g liści rukoli
  • 1 kg buraków
  • słoik suszonych pomidorów
  • puszka ciecierzycy
  • 3 czerwone papryki
  • 3 garści pestek słonecznika
Buraki umyć i  owinąć w folię aluminiową. Piec je w piekarniku rozgrzanym do 200 st.C. przez około 1h- 1,5h w zależności od wielkości. Można nakłuć widelcem, aby sprawdzić, czy są już gotowe. Paprykę, umyć, usunąć gniazdo nasienne, pokroić w paseczki i podsmażyć na odrobienie oliwy. Pomidory osączyć i pokroić w paseczki. Ostudzone buraki obrać, a następnie pokroić w cienkie krążki ( można to zrobić na tarce, jeżeli buraki są małe, a Wy dysponujecie tarką o odpowiednim ostrzu - takim jak do tarcie ogórków na mizerię). Wymieszać ze sobą buraki, pomidory, paprykę i odsączoną ciecierzycę.
Przygotować sos.  

Sos: 
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki musztardy
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 2 łyżeczki ziół prowansalkich
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1/2-3/4- szklanki oleju
Przygotować zamykane naczynie, może być słoik. Czosnek przecisnąć przez praskę, rozetrzeć z solą, cukrem, musztardą. Dodać pozostałe składniki poza olejem. Wymieszać przy pomocy łyżeczki. Na koniec wlać olej, zamknąć pojemnik ( słoik?) i wstrząsać nim energicznie, aż powstanie jednolity winegret.


Szpinak umyć, duże liście rozdrobnić. Wsypać go do ogromnej miski ( można mieszać w garnku, a potem sałatkę przełożyć do mniejszych misek!:)). Wymieszać go z rukolą. Na koniec wsypać pokrojone warzywa i słonecznik. Wymieszać. 
Sosem polewamy przed podaniem, aby liście nie zwiędły i sałatka ładnie wyglądała! 

Smacznego!  


A na koniec SOKO z kolejną ironiczną piosenką. 

wtorek, 20 grudnia 2011

Pesto. Czerwone pesto.

Dla wielu osób ostatni czas oznacza zabieganie. Niejeden jednak nie odczuwa różnicy, ponieważ jest wciąż zabiegany. Niestety zaliczam się do tej drugiej grupy. Dlatego m.in. uwielbiam pesto. Za to, że jest pożywne i przygotowuje się, je błyskawicznie. Przesadą byłoby, gdybym napisała, że robię je raz w tygodniu, ale pojawia się 2-3 razy w miesiącu na moim talerzu. Co więcej, przepis na pesto jest bardzo elastyczny. Można go modyfikować, zmieniać składniki. Może być zielone ( z ziół, awokado), może być żółto-pomarańczowe
(dynia, papryka), czerwone (z pomidorów, czerwonej papryki). Podstawą są orzechy (lub pestki), oliwa i czosnek. Reszta dowolna - zależy od położenia geograficznego - czyli dostępności składników, fantazji, ulubionych smaków i oczywiście zasobności portfela, w końcu nie każdy dysponuje orzechami piniowymi i oliwą. 

Składniki:
  • 20 suszonych pomidorów
  • 2 garści orzechów nerkowca
  • 2 ząbki czosnku
  • 1/2 puszki pomidorów z zalewy ( bez zalewy)
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • 1/2 łyżeczka soli
  • świeżo mielony pieprzu
Wszystkie składniki wymieszać w blenderze. Dokładnie zmiksować, aby powstała jednolita pasta. Gotowe!
Pesto możemy podawać z makaronem lub jeść jako pastę na kanapkach. 
Smacznego!  



Soundtrack: The Streets - "Orginal Pirate Material"

wtorek, 13 grudnia 2011

Włoska wyprawa Maddy, czyli co nas kręci, co podnieca?! ;)

Kiedyś czytałam opis pewnego filmu, w którym pojawił się taki truizm, że do serca najlepiej trafia się przez żołądek. Nie jestem jednak tego taka pewna...W końcu podobno dobrze gotuję, ale raczej serca tym żadnego nie podbiłam. Za to jestem pewna, że do serca można się dostać m.in. przez tętnicę udową. Widziałam na własne oczy... Ale ten żołądek? Przereklamowane nieco... W opisie tego filmu pojawiło się też jednak stwierdzenie, że miejscem, gdzie miłość unosi się w powietrzu jest kuchnia. I w to jestem w stanie szybciej uwierzyć.  Tłumaczy, między innymi, dlaczego tak lubię w niej przebywać... Choć w sumie kto nie lubi przesiadywać w kuchni... ? No dalej! Ręka w górę!!!  
Podzielę się z Wami sekretem. Tylko się nie śmiejcie lub też nie zwymyślajcie mi, że jaram się poczynaniami kogoś, kto nie gotuje wegańsko, a nawet po wegetariańsku...  Kiedy miałam dostęp do TV, a trwało to może przez tydzień, nałogowo oglądałam programy Jamie'go Olivera i jego "Włoską wyprawę". Zahipnotyzowana patrzyłam, z jaką lekkością gotuje i opowiada o przygotowywanym jedzeniu. Z pasją, której niejeden może mu pozazdrościć. Nie chodzi tu o to kto, ale JAK..! Bardzo cenię pasjonatów, ludzi, którzy potrafią o tym, czym się zajmują mówić tak, że nawet ktoś, kto zupełnie nie zna tematu lub się nim nie interesuje, chce tego słuchać. I tak własnie robi Jamie, przykuwa uwagę i sprawia, że masz ochotę go naśladować. Zaraża tym, co ma w sobie najlepsze. Oglądając jego programy, zupełnie przestajemy dostrzegać w nim niezbyt urodziwego gościa, który w dodatku sepleni tak, że czasami trudno go zrozumieć. Wydawałoby się, że jest to ktoś, kto nigdy nie osiągnie medialnego sukcesu, bo zupełnie nie wpisuje się w standardy "gwiazdy". Jednak patrząc na niego widzimy fajnego faceta, który z pasją dziecka odkrywa przed nami tajniki kuchni ( tu: włoskiej), który opowiada o jedzeniu w taki sposób, że doskonale czujemy jego smak, choć nie mamy możliwości spróbować. On nie tylko umie gotować, on umie czarować! Bez kitu. Jestem takim kuchennym artystą, który gotuje na pełnym luzie, nie trzyma się ściśle przepisów, tworząc arcydzieło. A do tego, jak on zgniata te brzoskwinie...? Widzieliście to kiedyś może...? Nie wiem, czy jest coś, co uważam za bardziej seksowne niż gotowanie... W sumie z dwie rzeczy by się znalazły. Niektóre dziedziny medycyny są totalnie "hot"... i coś jeszcze wywołuje u mnie tachykardię i wzmożoną perystaltykę trzew,  kto mnie zna ten wie ;). Swoją drogą, w takich chwilach mój organizm totalnie świruje pobudzając dwa przeciwstawne układy - współczulny i przywspółczulny. Ale w końcu zakochanie jest upośledzeniem, więc i na to znajdzie się wiele naukowych wyjaśnień. Na szczęście. Ostatnio, jeśli nie potrafię znaleźć naukowych podstaw tłumaczących zjawiska jakie się wokół mnie dzieją zaczynam świrować.
Ale wrócimy lepiej do gotowania, bo za dużo tematów naraz ;). Nie chodzi mi o takie mechaniczne kucharzenie z gotowego przepisu, z książki, internetu. Bez polotu, bez fantazji... Chodzi o całokształt sztuki kulinarnej. O to, w jaki sposób ktoś wybiera warzywa na ryneczku, to jak je kroi, jak je przyrządza i w jaki sposób przyprawia. Jakaś maskara, że mnie to kręci, co? Nigdy nie spotkałam na żywo faceta, który ma ten dar.  Może dlatego, że ludzi z jakąkolwiek pasją jest tak niewielu, ale przysięgam, że jak trafię na kogoś takiego, to zostaniemy razem na trochę dłużej, żeby przekazał mi choć 1/10 swojej pasji. Wtedy może naprawdę się zakocham.  Oczywiście w kuchni.

Ja sama bardzo rzadko dysponuję wolnym przedpołudniem i mam szansę, aby wybrać się na pobliski ryneczek. Stąd każda wyprawa tam jest dla mnie swego rodzaju świętem, ponieważ uwielbiam świeże warzywa, tak różne od tych "wymytych" marketowych. Lubię rozmawiać ze sprzedawcami, lubię patrzeć na góry  zieleniny.  Sprzedawcy często zgadują, że jestem "wegetarianką", bo podobno to po mnie widać. :) Lubię wracać do domu obładowana warzywami, wrzucam je na stół i zaczynam kombinować, z reguły przygotowując z nich zupełnie inne danie niż zamierzałam pierwotnie.

Żeby przygotować dobre jedzenie wcale nie trzeba siedzieć w kuchni godzinami. Czasami wystarczy dobry blender, kilka suszonych pomidorów, garść orzechów włoskich, czosnek, oliwa, suszone zioła, odrobina świeżej bazylii, garść oliwek i oczywiście ukochany makaron razowy. I już! W 15 minut obiad jest gotowy! W dodatku takie danie przywodzi na myśl moje własne włoskie wyprawy. Znowu się rozmarzyłam, a do lata jeszcze tyleeee... No dobrze, a teraz przepis na kolejne risotto wg mnie samej :)


Składniki na risotto z boczniakami i szpinakiem
  • 250-300 g boczniaków
  • solidna garść świeżego szpinaku
  • 1 cebula
  • 1 żabek czosnku
  • 1,5 szklanki ryżu arborio
  • 3 szklanki gorącej wody
  • świeżo mielony pieprz
  • 1 -1,5 łyżeczki soli
  • 0,5 łyżeczki kurkumy 
  • oliwa z oliwek
Oliwę rozgrzać na patelni i zeszklić poszatkowaną w kostkę cebulę. Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek. Po chwili dodać pokrojone w paski boczniaki, przyprawić solidnie świeżo mielonym pieprzem i smażyć przez 5 minut mieszając co chwila. Następnie wsypać ryż. Smażyć do czasu, aż ziarna zrobią się przezroczyste. Dodać kurkumę, posolić i wlać gorącą wodę. Przykryć patelnię pokrywką, zmniejszyć ogień do minimum i gotować na wolnym ogniu około 15 minut, do czasu, aż płyn się wchłonie. Na koniec wsypać szpinak ( jeżeli mamy drobny to w całości, a jeżeli duży to należy liście rozdrobnić). Wymieszać dokładnie z ryżem. Podawać na ciepło. Opcjonalnie można poprószyć płatkami drożdżowymi i posypać natką pietruszki lub świeżymi kiełkami. 
Buon appetito!

A na koniec bardzo popowa pioseneczka w bardzo hardcorowej wersji  i wspomnienie tegorocznego DIY Festu w Gdyni! ołjeeeee!




piątek, 9 grudnia 2011

Vegan Lunch # 2

Image

VEGAN HOOLIGAN CREW z ogromną przyjemnością zaprasza na drugą edycję WEGAŃSKIEGO LUNCH'U!!!
VHC to kilka pełnych energii osób, które chcą uczynić otaczającą rzeczywistość przyjemniejszą i łatwiejszą do zniesienia! :)

Jak zawsze czekać na Was będzie pyszne i zdrowe jedzenie, przygotowane domowymi sposobami. 

Tym razem zaserwujemy Wam takie smakołyki, jak pierogi, kapustę z grzybami, kotlety sojowe po grecku czy pierniczki i makowce, czyli tradycyjne (i nietradycyjne również) świąteczne dania, jakie tylko nam przyjdą do głowy. Spodziewajcie się też dań zupełnie niekonwencjonalnych...


Miejsce: Meskalina (http://www.meskalina.com/)
Data: 18.12.2011
Godzina: 13:30
Wejście: 15 zł i jesz ile chcesz


Przynieś swój talerz, dostaniesz słodką niespodziankę gratis!


MORE THAN FOOD:


+3zł z każdego biletu odpalamy dla Fundacji Tara (http://fundacjatara.info/)


+zbiórka kredek, mazaków, kolorowanek i bloków rysunkowych dla dzieci z Domu Dziecka nr 1, ul. Swobody 59, Poznań


+ miła atmosfera, muzyka i jedzenie!


Przyjdź i zaproś przyjaciół!!!


UWAGA!
Jeżeli masz pomysł na akcje, które mogłyby towarzyszyć naszym lunchom, chcesz wypromować jakaś fajną inicjatywę lub po prostu masz do nas jakieś pytania to pisz:
e-mail: veganhooligancrew@gmail.com

Nasze poczynania można śledzić na fb: http://www.facebook.com/VeganHooliganCrew

Jeżeli masz fb możesz też zapisać się jako uczestnik. Dzięki temu pomożesz nam określić, ilu gości mamy się tego dnia w Meskalinie spodziewać. http://www.facebook.com/events/251735824890422/

Zapraszamy!!!

czwartek, 8 grudnia 2011

PIERNICZKI 2011!!!!

Było sobie lato 2011, a my, czyli ja i J. poszłyśmy do kina, a potem nad rzeką piłyśmy piwa noteckie, jadłyśmy czipsy solone i gadałyśmy o tym i owym. Pustce, zagubieniu i odnalezieniu się. Zachowywałyśmy się zupełnie, jak te normalne dziewczyny, którymi nigdy nie będziemy, choć wówczas chyba byłoby nam łatwiej. 
A teraz jest zima i to niczego nie ułatwia, bo za oknem śnieg z deszczem i nad rzeką się nie zrelaksujemy i każde wyjście zdaje się się być wyprawą na przeciwległy biegun Ziemi. 

A dzisiaj? Dzisiaj potrzebuję troszkę ciepła, przychylnej osoby obok siebie oraz tej pewności, że wszystko będzie dobrze, że przecież kiedyś znowu będzie lato, głownie to mentalne, a nie pora roku, bo pora roku jest oczywista.  Ja chcę wakacje, wczasy i słońce mieć w głowie.


Zrobiło mi źle, więc poszłam piec pierniczki, zmotywowana porą roku oraz tym, że za kilka tygodni spędzę trochę czasu z moją, z roku na rok większą, rodziną. O ile narodziny Jezusa nie za bardzo mnie interesują, o tyle to, że będę miała wreszcie czas, aby 100% mojej uwagi poświecić tym, którzy poszliby za mną w ognień, całkiem cieszy. I myśl, że czeka mnie tyle pysznego jedzenia napełnia mój centralny narząd układu krążenia przyjemnym uczuciem ciepła...


Muszę przyznać, że ulżyło mi nieco od ugniatania ciasta. Upieczcie sobie też. Może i Wam ulży, jeżeli macie podobnie, jak ja takie chwile, że czujecie pod nogami usuwający się grunt.

W tym roku zmodyfikowałam zmodyfikowany już wcześniej przeze mnie przepis na pierniczki mojej Babci. Cóż, kiedy dwa lata temu pisałam tamten post, byłam takim kulinarnym "kurczakiem", ale pisząc tutaj dla Was i wymyślając przepisy na bloga stałam się kulinarną... "kurą" ;). Mówiąc wprost dojrzałam kulinarnie i cały czas udoskonalam tę sztukę.
Piekąc pierniczki na podstawie przepisu Babci czuję, że dokonuję czegoś ważnego, bo kultywuję tradycję rodzinną, a to w sumie fajna sprawa, bo co jak co, ale dobre przepisy to to, co potomnym należy przekazać i może kiedyś z tego przepisu będą korzystać moje dzieci lub dzieci moich sióstr, wszak wątpliwe jest, abym kiedyś posiadała własne. Mniejsza zresztą o to! Ważne jest to, że wegańska wersja pierniczków Babci jest ekstra i myślę, że dorównuje oryginałowi, choć przyznam szczerze nie za bardzo już pamiętam, jak dokładnie smakowały.

Składniki:
  • 400 g mąki pszennej białej
  • 100 g mąki krupczatki
  • 500 g mąki pszennej razowej
  • 1/2 kg cukru
  • 250 g vegan margaryny ( u mnie Alsan - do znudzenia! :P) 
  • ok 150 g melasy
  • 1 szklanka wody 
  • 4 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka amoniaku ( opcja)
  • 2 łyżki kakao
  • 2-3 paczki przyprawy piernikowej

W małym garnuszku pogrzać wodę i dodać zmielone siemię. Powstanie coś przypominającego w konsystencji kisiel (?). W dużej misce wymieszać ze sobą mąki, 1 szklankę cukru, sodę, proszek, amoniak i kakao. Rozgrzać głęboką patelnię, a następnie wsypać na nią pozostały cukier. Zmniejszyć ogień do minimum i powoli karmelizować cukier, uważając, aby nie przypalić. Lepiej nie odchodzić od patelni, tylko cały czas mieszać cukier drewnianą łyżką. Kiedy całkowicie się upłynni wrzucić kostkę margaryny i mieszać do czasu aż się rozpuści. Następnie  dodać melasę. Wymieszać zawartość patelni, a kiedy będzie ona w miarę jednolita, wsypać przyprawy do piernika. Znowu porządnie wymieszać. Zgasić ogień. Dodać lniany "kisiel". Całość po raz kolejny porządnie wymieszać i wlać do miski z mąką. Energicznie mieszać ciasto, najpierw łyżką, później przy pomocy rąk. Ugniatać, podsypując mąką w razie potrzeby ( u mnie nie było to konieczne!), tak długo,aż uzyskamy jednolite, odklejające się od rąk ciasto. Przekładamy ciasto na kuchenny blat lub stolnicę( przyprószone mąką!) i  rozwałkowujemy, wycinamy dowolne kształty, wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 st.C i pieczemy około 7 minut, aż pierniczki delikatnie się zarumienią.
Gotowe ostudzone pierniki można lukrować i zdobić w dowolny sposób ( wegański of course! :)). Smacznego!

środa, 7 grudnia 2011

Przyznajcie, że i Was to zdumiewa...


To niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę, kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie.
— Gabriel García Márquez
Miłość w czasach zarazy

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Grzyby w sosie tymiankowym! Pychaaaa!

Ostatnio, kiedy znajomy pomagał nam dotransportować jedzenie na Wegański Lunch i zobaczył wszystko, co przygotowałyśmy stwierdził, że aby tak gotować trzeba już mieć pasję, sama umiejętność i chęć nie do końca tu wystarczają. I pewnie ma rację... Bo gotowanie dla kilku osób to zupełnie inna bajka niż gotowanie dla 150... 
Kiedy myłam gary po lunchu, naładowana taką masą energii, że mogłabym obdarować nią wszystkich, którzy się tego dnia w Meskalinie zjawili, pomyślałam sobie, że tak bardzo kocham to gotowanie właśnie za to, że ono ode mnie niczego nie wymaga ( no może poza czasem...). Przychodzi mi tak nieprzyzwoicie łatwo, lekko, bez większego wysiłku. Nie brakuje mi fantazji, rozmachu. Drzemią we mnie takie cechy wiedźmy, która lubi sobie mieszać w kotłach :).  
A potem pomyślałam o tej mojej medycynie i dotarło do mnie, że ją z kolei kocham za to, że właśnie w przeciwieństwie od gotowania, wymaga ode mnie wysiłku, czasu, poświecenia, cierpliwości, wewnętrznego zaparcia, czasami odnalezienia siły i determinacji. Czasami daje w kość, daje poczucie bezradności, nierzadko samotności i nie zawsze wychodzi... Uczy pokory, tolerancji, cierpliwości i umiejętności komunikowania się się z ludźmi. Bardzo różnorodnymi ludźmi. 
Jedno i drugie, zarówno medycyna, jak i kuchnia, wymagają ode mnie fantazji, wyobraźni, polotu i miłości. Wiecie zapewne, że gotować i leczyć trzeba z miłością.  Ja wkładam jej tyle, w te dwa elementy mojego życia,  że brakuje mi jej dla innych spraw. Cierpię na deficyty cierpliwości w tym moim pozostałym życiu,  ponieważ ciągle się spieszę, ciągle gdzieś biegnę, nie mając na nic czasu... Zupełnie. Wymagam za dużo od siebie i niestety od innych również, a to bywa dla wszystkich bardzo uciążliwe.

Czekam na skończenie studiów, choć mimo wszystko upływają całkiem przyjemnie. Na wyjazd z Poznania też czekam, bo mnie trochę nuży siedzenie w jednym miejscu. Jestem taki niecierpliwy dzieciak, który szuka swojego miejsca na ziemi. Choć doświadczenie już mnie nauczyło, że jak podchodzi się do ognia to można się sparzyć, to ja mimo tego szukam w życiu raczej adrenaliny niż stabilizacji i spokoju. Gnam, gnam, gnam... może prosto w przepaść?  Coś tam pewnie po drodze tracę, jednocześnie jednak tyyyyle zyskując... Wydaje mi się, że nauczyłam się już z tym żyć.

Koniec rozkmin. Czas na przepis. Obiad, który mi zawsze kojarzy się z zimą.


Zimową porą jem trochę inaczej niż latem. Jednym z moich ulubionych dań o tej porze roku jest sos grzybowy z tymiankiem podany z kaszą gryczaną lub ziemniakami ugotowanymi na parze. Do tego sałatka z buraczków lub marchewka z groszkiem.
Grzyby to jedna z moich kulinarnych obsesji. Uwielbiam je, choć na blogu nie ma ich znowu tak dużo... Grzyby nie należą do najbardziej lekkostrawnych dań, nie powinny ich jeść małe dzieci, kobiety w ciąży i karmiące, a także osoby mające problemy z układem pokarmowym, ponieważ grzyby trudno się trawią. Ja jednak nie jestem małym dzieckiem, nie spodziewam się potomka ani też go nie posiadam, a układ trawienny działa, więc zajadam sobie grzyby ze smakiem.

Poniższy sos jest zupełnie, jak od Mamy... Pycha!

Składniki:
  • 2 solidne garści suszonych grzybów  ( około 1,5-2 szklanek)
  • 4 szklanki wrzątku
  • 1 mała cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 łyżeczki tymianku
  • opakowanie śmietanki owsianej
  • łyżka mąki ryżowej
  • sól i pieprz do smaku
  • oliwa z oliwek ( u mnie tymiankowa)
Grzyby wrzucić do miski, zalać 4 szklankami wrzącej wody, przykryć i odstawić na godzinkę. Po tym czasie grzyby odcedzić pozostawiając 2 szklanki wywaru z grzybów. Cebulę drobno posiekać. W rondlu rozgrzać 2-3 łyżki oliwy i zeszklić na niej cebulę, dodać zmiażdżone ząbki czosnku i smażyć przez moment. Następnie dodać grzyby i dusić z cebulą przez około 5 minut. Wsypać tymianek i wymieszać. Po chwili wlać szklankę wywaru z grzybów i dusić wszystko razem przez 5-7 minut pod pokrywką. Pozostałą szklankę wywaru wymieszać z mąką ryżową. Wlać do rondelka i wymieszać z resztą. Gotować przez minutę. Zmniejszyć ognień na minimum. Następnie dodać śmietanki owsianej i wymieszać. Przyprawić do smaku solą i dużą ilością zmielonego pieprzu. Podawać z ziemniakami "w mundurkach" lub kaszą gryczaną, posypane pietruszką z ulubionymi warzywami. Smacznego!



Wiem, że zdjęcia są paskudne, ale taka pora roku. Ciężko o dobre, naturalne światło.

A na koniec utwór z super fajnym klipem odwołującym się do kultowych filmów porno z lat 70-tych... 




niedziela, 27 listopada 2011

Jarmuż z orzechami ziemnymi i mlekiem kokosowym? Na afrykański styl.


 
Oto mój autorski przepis na danie z jarmużem. Podobno w ten sposób jada się jarmuż w Afryce Południowo-Wschodniej. Tak podpowiada Wikipedia, ale chyba powinnam skonsultować się w tej sprawie ze swoim szwagrem, który właśnie z tamtych rejonów świata pochodzi.
Za wszystkich kuchni świata, kuchnia afrykańska to ta, do której sięgam najrzadziej. Znam tylko kilka dań, ale uczyłam się ich u źródeł, toteż jestem bardzo z nich dumna. Umiem zrobić m.im. Ugali, Chapati w wersji Tanzańskiej i Mandazi, Soczewicę po Etiopsku. Nie za wiele, co? Powinnam trochę poszerzyć listę dań rodem z Kolebki Ludzkości i pewnie byłoby mi prościej, jakbym znalazła czas, aby wpaść do mojej siostry do Sheffield i podszkolić się pod okiem jej męża. Hmm... Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości uda mi się ten niecny plan zrealizować, a wówczas na pewno podzielę się z Wami tajnymi recepturami. 
Tymczasem, w ten nieco ponury listopadowy dzień, gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po jarmuż. Warzywo, które jest u nas traktowane tak trochę po macoszemu. Mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni i jarmuż zagości na naszych stołach. Zasługuje na to, bo jest naprawdę zdrowym i smacznym warzywem. Zawiera wiele witamin i minerałów, które o tej porze są nam bardzo potrzebne. :) 

Składniki:
  • pęk jarmużu
  • biała część pora
  • 3 ząbki czosnku
  • 2 szklanki orzechów arachidowych solonych
  • 2 puszki mleka kokosowego
  • oliwa
  • sól i pieprz do smaku
Liście jarmużu oddzielić od łodygi, umyć pod bieżącą wodą, wykroić z nich twarde nerwy, rozdrobnić liście nożem lub drąc je ręcznie na mniejsze kawałki. Pora pokroić z cienkie krążki. 
W głębokim rondlu rozgrzać 3-4 łyżki oliwy, wrzucić pora, zmiażdżony czosnek i szklić na małym ogniu ok.5 minut, co jakiś czas mieszają. Dodać orzechy i dusić je razem z porem przez około 5 minut. Następnie wsypać jarmuż, przykryć rondel i dusić przez 15-20 minut, co jakiś czas miesząc. Jarmuż znacznie zmniejszy swoją objętość. Można ewentualnie dodać filiżankę wody. Po tym czasie wlać mleko kokosowe, wymieszać i dusić przez kolejne 10 minut. Na koniec przyprawić do smaku solą i pieprzem. Podawać z ryżem Basmati. Świetnie smakuje też z kaszą jęczmienną. Smacznego! :)


A oto soundtrack! Tak jakoś mi się ostatnio o Coalition przypomniało i aż sięgnęłam po płytę.

wtorek, 22 listopada 2011

Pierwszy lunch za nami i "takie małe WIELKIE DZIĘKI od nas dla Was"!




 foty by Sylwia i Ania P. 


Pierwszy Wegański Lunch w Poznaniu przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Choć wydarzenie cieszyło się sporym zainteresowaniem na facebooku, nie do końca przypuszczałam, że odbiór będzie aż tak pozytywny. 
Meskalina pękała w szwach. Vegan Hooligan Crew stanął na wysokości zadania przygotowując tyle jedzenia, że wystarczyło go dla dobrze ponad 100 osób, które zajrzały tego dnia właśnie do nas. Miło było zobaczyć tzw. "starych wyjadaczy", czyli osoby, które zjawiają się zawsze na tego typu imprezach, ale przede wszystkim ucieszyło mnie mnóstwo nowych twarzy, ludzi otwartych i chętnych do rozmowy. 
Udało nam się zebrać dwie pełne skrzynki fantów dla maluchów z Oddziału Onkologicznego, co cieszy, bo w tym wszystkim chodzi o coś więcej niż tylko jedzenie. Chodzi o umiejętność organizowania oddolnych inicjatyw całkowicie DIY, bez sponsorów, reklam i tej całej mainstreamowej otoczki. Chodzi o promocję weganizmu, ale też zachęcenia ludzi do wspólnego działania. Zrobienia czegoś dla innych, dla siebie i dla środowiska. Grupa zaprzyjaźnionych osób, w której każdy sam może zdecydować w jakim stopniu i na ile, chce się w to angażować,  może nieźle "narozrabiać".  Bez wywierania na siebie presji, zmuszania do czegokolwiek, narzucania swoich wizji. Wiadomo, że to, że się znamy, lubimy i mamy podobne podejście do wielu spraw w życiu, sprawia, że bardziej nam się chce i lepiej nam to wszystko wychodzi. Okazuje się, że wystarczy włożyć w to, co się robi trochę serca, cierpliwości. Trzeba otworzyć się na innych, na nowe miejsca, nowe formy działania, które mogą sprawić, że nasze życie będzie szło we właściwym kierunku.  Lunch spełnił swoje zadanie, bo miał przyciągnąć jak najwięcej różnorodnych ludzi, ale jednocześnie miał być pretekstem do spotkania z przyjaciółmi, dla których "nigdy nie mamy czasu", miał być promocją weganizmu, ale też miał zahaczyć o coś więcej, niż tylko jedzenie. Wyszło nam! Pięknie! 
Jeżeli nie udało Wam się dotrzeć na pierwszy lunch, to uprzejmie informuję, że 18.12. o godzinie 13.30 po raz kolejny będziemy czekać na Was w Meskalinie. Więcej informacji  pojawi się wkrótce, a tymczasem kłaniam się nisko wszystkim i do zobaczenia znów!

sobota, 19 listopada 2011

Grafomański post, kolejne zaproszenie na lunch, a na deser PUMPKIN PIE!

Ostatnio za każdym razem, kiedy przymierzam się do napisania posta na bloga, kasuję po kolei każde słowo. Wyrażenie siebie poprzez słowa sprawia mi ogromną trudność. Chyba się trochę gubię, chyba nie do końca już wiem kim teraz jestem i chyba nie radzę sobie z emocjami. Kiedy to czytam, odnoszę wrażenie, że mam do czynienia ze zwykłym polonistycznym bełkotem. Chciałabym Wam opowiedzieć o moich ostatnich przeżyciach, przemyśleniach, ale nie umiem. Może to wszystko stało się zbyt trudne, aby wyrazić to w słowach, opisać na blogu? Nie będę ukrywać, że lekko nie jest, a już w ogóle miniony tydzień zaburzył mój spokój. Czuję, że to nie jest moje miejsce na ziemi, ale tak łatwo się stąd nie wyrwę. Obecnie odnoszę wrażenia, że nie mam w ogóle życia. Własnego życia. Żyję szkołą, wydarzeniami, które się dzieją  wokół mnie, ale poza tym? Brakuje wolnej przestrzeni, w umyśle, w życiu... A jest tyle rzeczy, które chciałabym realizować, tyle miejsc, ludzi, spotkań... A marzenia wydają się być teraz taaakie odległe. 

Poza jednym, które jest dosłownie w zasięgu mojej ręki. W najbliższą niedzielę przygotowuję razem z kilkoma zaprzyjaźnionymi dziewczętami (tak naprawdę, to żadne z nas dziewczęta, ale prawdziwy vegan hooligan crew :P)  wegański lunch. Po raz pierwszy w Poznaniu i mamy nadzieję, że wszystko się pięknie uda, pomimo, że prawdę mówiąc żadna z nas nie ma za bardzo czasu, aby się w to zaangażować w 100 %. W dodatku nie kończymy na jedzeniu, bo będziemy zbierać kredki, mazaki, bloki rysunkowe i kolorowanki dla dzieciaków z Oddziału Onkologicznego. 
A żeby nie jeść w ciszy, zaprosiłyśmy DJ, który będzie przygrywał muzykę, aby to popołudnie było jeszcze przyjemniejsze, takie mniej listopadowe.... Widzimy się, prawda?

Pewnie zastanawiacie się po co? Po co zabiegane, zapracowane dziewczyny zamiast iść na imprezę, zrobić coś tylko dla siebie, zaszywają się w kuchni? Bo nic nie daje takiej energii, jak zrobienie czegoś fajnego i dobrego dla innych... Chcemy, aby to miasto, ten miesiąc i Wasze, ale również nasze życie nabrało barw.

 

A teraz czas na przepis. Pewnie ostatni z dynią w tym roku. Upiekłam Pumpkin Pie, czyli ciasto znane mi głównie z amerykańskich filmów i seriali. Wyszło pyszne i aromatyczne. 
Myślę, że upiekę je jeszcze nie raz! I Was do tego gorąco zachęcam, korzystajcie z ostatnich tegorocznych, świeżych dyń.


Piekarnik rozgrzać do 180 st.C. Przygotować ciasto!

Składniki na ciasto:

  • 1,5 szklanki mąki pszennej białej
  • 2/3 szklanki mąki orkiszowej
  • 2 łyżki melasy
  • 2 kopiaste łyżki tłuszczu kokosowego
  • 10 łyżek mleka sojowego
Z podanych składników ugnieść ciasto, rozwałkować i wyłożyć foremkę do pieczenia tarty. Tak, aby stworzyć korpus, którego wnętrze wypełnimy nadzieniem dyniowym.

Składniki na farsz: 
  • 2 pełne szklanki musu z ugotowanej/pieczonej dyni
  • 1 szklanka mleka sojowego
  • 2/3 szklanki cukru trzcinowego
  • 1/4 szklanki mąki kukurydzianej
  • 1 łyżka melasy
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej 
W blenderze wymieszać puree dyniowe, mleko, cukier. Dodać mąkę, melasę, wanilię,  przyprawy i ponownie zmiksować.  Wypełnić tartę nadzieniem z dyni i od razu wstawić do piekarnika. Piec ok. 45-50 minut. 
Gotowe ciasto wystudzić i posypać startą wegańską gorzką czekoladę.

Smacznego!






Koniec końców i tak będzie disco!! :)


sobota, 12 listopada 2011

WEGAŃSKI LUNCH W SAMYM SERCU POZNANIA! :)

Pewnego sierpniowego, leniwego popołudnia siedziałam sobie na krawężniku w Berlinie na kolanach trzymając talerz z jedzeniem. Wraz ze znajomymi załapaliśmy się na wegański brunch ogarniany przez jeden z tamtejszych hausprojektów. W naszych rozleniwionych wakacjami, wypoczętych jeszcze umysłach pojawiła się myśl, aby zrobić coś takiego w mieście, gdzie aktualnie wszyscy, a właściwie wszystkie żyjemy. Musiało minąć trochę czasu, aby doszło do realizacji tego projektu, ale wreszcie się udało i 20.11.2011 ruszamy z pierwszą edycją wegańskiego lunchu w Poznaniu. 
Czego możecie się spodziewać? Myślę, że podpowiedź znajdziecie na moim blogu, ale również na blogu Sylwii, która podobnie, jak ja jest mocno wkręcona w całą inicjatywę!
Zatem widzimy się w przyszłym tygodniu! GO VEGAN! 



Miejsce: Meskalina
Data: 20.11.2011
Godzina: 13:30
Wejście: 10-15 zł i jesz ile chcesz


Przynieś swój talerz, dostaniesz niespodziankę gratis! 

MORE THAN FOOD: 

 + DJ set 

+ zbiórka kredek, mazaków, kolorowanek i bloków rysunkowych dla dzieci z Oddziału Hematologiczno-onkologicznego w 
Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym Nr 5 im. Karola Jonschera Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu

Vagan Hooligan Crew to...
… grupa przyjaciół, która choć gotowaniem zajmuje się całkowicie amatorsko, to raz w miesiącu chce właśnie poprzez kuchnię promować wegański styl życia. 

Wegański, ponieważ...
… jest to według  nas najbardziej etyczny, zdrowy i ekologiczny sposób odżywiania. Wybierając weganizm oszczędzamy życie: swoje, innych i planety. 

Dieta wegańska... 
… jest bogata, kolorowa i przede wszystkim bardzo smaczna.

Ale weganizm...
… to nie tylko dieta, dlatego na lunchach będziecie mieli okazję nie tylko do spotkania z przyjaciółmi, zasmakowania pysznego, całkowicie roślinnego jedzenia ( w tym wypieków i innych słodkości), ale też wesprzeć różne społeczne inicjatywy i wziąć udział w przygotowanych przez nas akcjach ( wykładach, pokazach filmów, zbiórkach, spotkaniach, warsztatach, wystawach) , a także posłuchać muzyki. 

Zapraszamy!!!

Go Vegan and change the World!


czwartek, 10 listopada 2011

Listopadowe zamieszanie.

Zacznę od tego, że jestem totalnie zabiegana i zupełnie nie ogarniam swojego życia ostatnio. Co gorsze, nie mam czasu dla tych, dla których bardzo bym ten czas chciała znaleźć. Na szczęście wszyscy są bardzo wyrozumiali. Choć im bardziej wyrozumiali są, tym bardziej mi ich brakuje...
Doszłyśmy już z moją siostrą do etapu, w którym szkoda nam czasu na gotowanie i "dopychamy się" kanapkami ( z masłem orzechowym!), bo na zakupy też nie mamy czasu, więc nie ma czym tych kanapek posmarować...
Czuję, że jestem wyczerpana zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Potrzebuję odpoczynku, bo niedługo naprawdę zabraknie mi siły, ale kiedy odpoczywać? Jak się potem z tego wytłumaczyć? Terminy gonią, zaliczenia i kolokwia, jeszcze kurs językowy i super pozaszkolne projekty, które mam nadzieję, staną się dla mnie źródłem energii i radości, która pomoże mi przetrwać ten bezlitosny czas.
W całym tym zamieszaniu, czuję się nieco, jak ten bezpański pies... Chciałabym, żeby mnie czasami ktoś "nakarmił, wyprowadził na spacer i pogłaskał". 
Koniec narzekania, bo w ramach odreagowania stresu poszłam na zakupy na pobliski ryneczek. Jestem uzależniona od dobrego jedzenia, a ostatnio stosujemy brutalny odwyk.
To, co najchętniej jem o tej porze roku, to brokuły, brukselki, cukinie, szpinak i oczywiście jarmuż. A żeby nie było tak zielono, sięgam po dynie... Pełnia szczęścia :). Chwilowa, ale zawsze! Teraz mam weekend przed sobą, to się wreszcie najem, jak trzeba!


Ostatnio na blogu Sylwii, pojawił się wpis o drobnych gestach, o tym, że aby sprawić drugiemu człowiekowi przyjemność, nie trzeba wiele. Czasami coś drobnego sprawia, że nawet ten z pozoru koszmarny dzień, może zakończyć się bardzo miło. I nie warto czekać na jakieś przełomy, wielkie czyny. Trzeba cieszyć się tym, co się ma. Docenić przyjaciół, znajomych i całkiem obcych ludzi, którzy nie raz przyczyniają się do tego, że się uśmiechamy. 
Miłego dani!  

Znacie kogoś, kto rozpływa się z radości, gdy zostanie obdarowany jogurtami, margarynami i śmietaną w spray'u? Ja znam i w dodatku sama się do tych osób zaliczam! Bo te z pozoru zwyczajne produkty w wersji wegańskiej są niczym biały kruk w tym miejscu, gdzie teraz żyję.



W każdym razie: Aniu, Vielen Dank! :*

sobota, 5 listopada 2011

Drożdżowe pomarańczowe ślimaki z dyniowo-cynamonowo-orzechowym farszem





Ostatnio cały czas dynia króluje w moich postach. Zupełnie, jakby inne warzywa przestały dla mnie istnieć :) Na dodatek moja młodsza siostro-współlokatorka zrobiła na obiad dyniowe risotto. 
Ostatnio przypomniała mi się nawet bajka o Kopciuszku, kiedy kroiłam dynię, bez kitu! Tam Matka Chrzestna zamienia dynię w karocę, coby Kopciuszek miała czym pojechać  na bal. Muszę pogadać o tym z Julką, moją siostrzenicą, bo wydaje mi się, że ona może siedzieć w temacie :) 
Tymczasem ja częstuję was słodkimi bułeczkami! Wiem, że nie dość, że ciągle słodkie i słodkie robię, to jeszcze ta dynia, ale obiecuje, że pojawi się jakaś odmiana wkrótce. Będzie więcej propozycji na śniadania, brunche, lunche i obiady! Żadnych tam ciast i ciasteczek :) 
Przepisem zainspirowałam się na blogu mojej starszej siostry, ale troszkę go zmodyfikowałam, wedle własnej modły. Pychota! Polecam! :) 



Składniki na ciasto:
  • 50 g drożdży
  • 3,5 szklanki mąki pszennej ( może odrobina do podsypania do wałkowania, ale generalnie im mniej mąki tym ciasto delikatniejsze, zbyt dużo może sprawić, że zrobi się kluchowate)
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 łyżka melasy
  • 1 szklanki mleka roślinnego 
  • 1/3 szklanki oleju 
  • skórka strata z jednej pomarańczy
  • 3 łyżki musu ( pulpy) dyniowego lub tej konfitury ( ja zazwyczaj wybieram wybieram konfiturę

Składniki na nadzienie:
  • 1 szklanki pulpy dyniowej lub konfitury 
  • 1/3-1/2 szklanki cukru trzcinowego ( jeżeli używamy pulpy)
  • 1 płaska łyżeczka cynamonu ( jeżeli używamy pulpy
  • garść ulubionych orzechów: u mnie włoskie, laskowe i migdały ( u mnie z reguły płatki migdałów, bo mam ich zawsze pod dostatkiem, ale z włoskimi smakują cudownie!) 

Drożdże ucieramy z cukrem. Czekamy, aż się rozpuszczą. Następnie dodajemy ciepłe mleko, prószymy łyżeczką mąki i  odstawiamy pod przykryciem na 15 minut, aby zaczyn zaczął "pracować". Po tym czasie dodajemy melasę, olej, startą skórkę pomarańczy, 3 łyżki musu bądź dżemu i mieszamy.  Po czym przesiewamy mąkę i dokładnie wyrabiamy ciasto. Odkładamy je w ciepłe miejsce na 40 minut, aby wyrosło.

Jeżeli nie mamy dżemu tylko pulpę to w tym czasie podgrzewamy pulpę dyniową, dodajemy cukier, cynamon, posiekane orzechy i mieszamy, aż do rozpuszczenia cukru. Zestawiamy z ognia.
Następnie wyrabiamy ciasto z odrobiną mąki, aby się nie kleiło. Rozwałkowujemy, tak aby wyszedł nam możliwie równy prostokąt. Smarujemy go dyniowym farszem. Ciasto zwijamy w rulon i kroimy go ostrym nożem na 2 - 2,5 cm krążki, które układamy w niewielkich odstępach na blasze, tak aby się zrosły bokami podczas pieczenia. Pieczemy w 180 st.C przez około 20 minut. Smacznego!




A ja zmykam walczyć dalej! :)

piątek, 4 listopada 2011

Prawdziwa miłość nie zawsze się udaje.




"Nikt nie może nigdzie dojść, jeśli skądś nie odszedł. "

( John Updike)

Dlatego jestem pewna, że niektóre rzeczy, miejsca, ludzi muszę opuścić, aby zrealizować swoje plany, marzenia, aspiracje. I to nie jest nic strasznego, to jest tylko i wyłącznie życie. To samo tyczy się rozstań, które nie zawsze oznaczają koniec, ponieważ tak naprawdę, z reguły są początkiem, niejednokrotnie czegoś lepszego i fajniejszego. Przyjemniejszego etapu życia. Dlatego trochę odwagi, a wszystko będzie dobrze :)

Choć w życiu staram się niczego nie żałować, to myślę jednak, że były momenty ( czasami można to już w latach liczyć :P), miejsca, spotkania niewarte tego wszystkiego. Niepotrzebne. Szkoda było mojego czasu, fatygi, zaangażowania. Zresztą nie tylko mojego... Wydaje mi się, że sensu nie mają rzeczy, z których czerpiemy więcej negatywnych niż pozytywnych przeżyć. Pomimo, że czasami będzie nam brakować nawet tego, co było złe, to jednak szybko nabierzemy przekonania, że nie mamy za czym tęsknić. Gdy korzyści jakie czerpiesz są niewymierne, to weź na luz i uciekaj dopóki możesz i ktoś nie będzie cię na siłę zatrzymywał mamiąc "podróbą szczęście", "tandetnym półproduktem" :). Mówiąc obrazowo, życie jest za krótkie, aby satysfakcjonować się "produktem czekoladopodobnym", każdy zasługuje na prawdziwą czekoladę... Dlatego szukajmy swojego "ulubionego smaku".

Skąd takie myśli w mojej głowie? Obejrzałam ostatnio film "Blue Valentine" - przygnębiającą i do bólu prawdziwą produkcję o nieszczęśliwej parze, dwójce ludzi, którzy, chyba można wysnuć taki wniosek,  nie byli sobie pisani. Być może byłoby lepiej, gdyby się nigdy nie spotkali. Zupełnie tak jak w życiu, a przecież to tylko film. 

środa, 2 listopada 2011

Krem z pieczonej dyni z nutą curry!!






A gdyby tak spróbować od początku...? Jeszcze raz? Zapomnieć, że się wcześniej poznaliśmy? Zapomnieć, że mamy za sobą jakąkolwiek przeszłość? Zapomnieć o tym, co było złe i choć raz, bez oglądania się za siebie, spojrzeć w przyszłość... Ja zaczęłabym chyba od tego, że jestem Maddy, mam dwadzieścia parę lat, 3 siostry, 3 siostrzenice i siostrzeńca. Lubię kawę i cynamonowe ślimaczki, zapach wiosennego deszczu i lubię chodzić chodnikami zasypanymi jesiennymi liśćmi, które tak przyjemnie szeleszczą w zderzeniu z moimi butami. Lubię też jeździć rowerem, słuchać muzyki i kino europejskie też lubię. W wolnych chwilach... zaraz, zaraz...A czy ja mam w ogóle wolne chwile? Ostatnio zamiast jeść i spać, studiuję z wypiekami na twarzy podręcznik do kardiologii. Szkicuję serce i marzę o nowym tatuażu... Zakochana bez pamięci. W medycynie i kuchni wegańskiej. Uzależniona od kontaktów z ludźmi. "Wysycham"jak kwiat bez wody, gdy nie mam dla kogo żyć. Teraz na szczęście kwitnę! Choć jesień w pełni. Jak zawsze na opak :) 

Pewnego jesiennego dnia przyrządziłam zupę z dyni. Z pieczonej dyni, z miąższem pomarańczy. Wiecie, taka mała kuchenna ekstrawagancja, ponieważ zupa ta była na ostro, a nie na słodko, co mogło sugerować dodanie pomarańczy. Widząc, jak moja młodsza siostra męczy się nad miską powyższej zupy, doszłam do wniosku, że przepis wymaga modyfikacji, aby przypaść do gustu moim najbliższym. Powstała kolejna wersja zupy z pieczonej dyni i jest ekstra.


Składniki ( na cztery małe miseczki ) :
  • 1 kg  miąższu dyni
  • cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • oliwa
  • sól i pieprz
  • łyżeczka curry
  • 2 szklanki mleka roślinnego ( u mnie owsiane! ) 
Dynię obieramy i kroimy w małe kawałki, cebulę kroimy w ósemki. Na blasze wyłożonej papierem układamy dynię, cebulę owiniętą w folię aluminiową i nieobrane ząbki czosnku. Warzywa skrapiamy oliwą i solimy. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 st.C i pieczemy przez około 50 minut. Wyjmujemy warzywa z piekarnika, mielimy w blenderze ( oczywiście cebulę odwijamy z folii, a czosnek obieramy ze skórki ;P), dodajmy łyżeczkę curry. Na koniec dodajemy mleko i miksujemy. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Przed podaniem podgrzewamy. Posypujemy pestkami dyni i natką pietruszki. Gotowe!


Smacznego!


I tańczymy, żeby przeżyć listopad! :) - Jackson 5- Want You Back! 

niedziela, 30 października 2011

Podwójnie czekoladowe dyniowe cupcakes z kremem chałwowym!

Jesień w pełni, a tymczasem na blogu nie opublikowałam jeszcze  ani jednego przepisu z dynią w tym roku! To zupełnie nie w moim stylu! Kilka razy kusiłam już Was przepisami bogatymi w to pięknie pomarańczowe, pękate warzywo. Piekłam muffiny tu i tu, robiłam curry dyniowekotletyzupę i risotto. Wszystkie te potrawy są do wypróbowania właśnie teraz. Kiedy byłam mała, w moim rodzinnym domu, jadało się dynię na jeden sposób: zupa dyniowa na słodko z mlekiem i lanymi kluskami lub makaronem. Nie jestem wielką fanką słodkich obiadów, więc i za tą zupą specjalnie nie tęsknię, choć myślę, że może przyrządzę ją sobie kiedyś do odgrzania na śniadanie. Z mlekiem roślinnym i razowym makaronem powinna być dosyć odżywcza i rozgrzewająca w te zimne, jesienne poranki. A ja codziennie na godzinę 8:00 do "szkoło-szpitala" pomykam, więc energia w formie solidnego śniadania to to, czego mi szczególnie potrzeba. 
Ostatnio, jak na mnie, piekę naprawdę okazjonalnie. Nie mam zupełnie czasu na taką przyjemność, a może wybierając między gotowaniem i pieczeniem, a innymi przyjemnościami kuszę się jednak na te drugie...? A kuchnia? Może poczekać. 
Dzisiaj jednak znowu piekę babeczki. Po raz kolejny też piekę, bazując na modyfikowanym przepisie z niezastąpionego thePPK.  Są mocno czekoladowe, odobinę piernikowe i słodziutkie dzięki czapie kremu chałwowego! Smacznego!



Składniki:
  • 1/4 szklanki musu jabłkowego
  •  2 łyżki oleju rzepakowego
  • 1/3 szklanki kakao 
  • 1/3 szklanki wrzątku + 2 łyżki
  • 1 szklanka puree z dyni
  • 1,5 szklanki mąki pszennej razowej lub zwykłej
  • 3/4 szklaki cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • 1 łyżeczka przyprawy do piernika
  • 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 szklanki wegańskich groszków czekoladowych
Rozgrzej piekarnik do 180 st.C. Wymieszaj ze sobą mus jabłkowy, olej i kakao. Do osobnej miski wsyp: mąkę, proszek do pieczenia i przyprawę piernikową i wymieszaj. Do miski z musem wlej 1/3 szklanki gotującej wody i szybko wymieszaj, do uzyskania gładkiego, czekoladowo sosu. Dodaj dynię, cukier i wanilię i dokładnie wymieszaj. Dodaj 1/2 mieszanki mąki i wymieszaj, dodając 1 łyżkę wrzątku. Następnie dodaj kolejną porcję mąki i 1 łyżkę wrzątku i ponownie wymieszaj. Na koniec delikatnie połącz z czekoladowymi groszkami. Przełóż ciasto do 10-12 foremek na muffiny i piecz około 20-25 minut. Ostudź! 

Składniki na krem:
  • 1/2 kostki wegańskiej margaryny
  • 3 czubate łyżki cukru pudru
  • 125 g chałwy waniliowej ( sprawdźcie skład, czy aby na pewno jest wegański)
Margarynę pokroić w mniejsze kawałki i utrzeć z cukrem pudrem. Następnie, kawałek po kawałku, dodawać waniliową chałwę. Gotowy krem nakładać szprycą na wystudzone babeczki i ozdobić kawałkiem czekolady!
Gotowe! Smacznego!




A co ostatnio śpiewam podczas jazdy rowerem? A to....

- Cornershop/SoKo, “Something Makes You Feel Like”