Etykiety

agrest (1) akcja (1) akcje (15) amaretto (1) anyż (2) awokado (4) bakłażan (1) biała czekolada (2) buraki (2) bułki (1) bób (3) chałwa (3) ciastka (18) ciasto (25) ciecierzyca (8) cukinia (9) curry (7) cynamon (8) cytryna (5) czekolada (24) D.I.Y. (26) daktyle (1) deser (5) drożdżowe (18) dynia (10) dżem (2) english (13) falafel (2) faworki (1) focaccia (1) gofry (1) gołąbki (1) grill (2) grzyby (10) gulasz (1) hummus (3) jabłka (7) jagody (3) jarmuż (1) jedzenie koncertowe (3) kakao (6) kapary (1) kardamon (2) kasza jaglana (5) kawa (4) kokos (15) koktail (1) konfitura różna (1) kotlety (11) krem (5) krem kasztanowy (1) kuskus (1) lawenda (3) mak (1) maka z ciecierzycy (4) makaron (9) maliny (6) marcepan (1) masło orzechowe (3) migdały (12) mięta (3) mleko ryżowe (1) morele (1) muffiny (19) mąka orkiszowa (1) naleśniki (1) nerkowce (4) obiad (69) orzechy laskowe (1) papier ryżowy (1) pasta (11) pasztet (1) pesto (4) pieczarki (1) pierniczki (5) piernik (1) pierogi (3) pizza (2) placki (3) przekąska (28) przetwory (2) przystawka (1) quinoa (5) rada (35) risotto (4) rogaliki (1) rukola (2) sałatka (7) sezam (3) smalec (1) soczewica (7) sojonez (1) sorbet (1) spaghetti (4) spring rolls (1) sushi (2) suszone pomidory (4) syrop klonowy (2) szparagi (1) szpinak (11) słodkie (62) tahini (2) tarta (4) tempeh (3) tofu (21) tofucznica (2) tort (5) trufle (1) truskawki (5) urodziny (6) vegan omlet (2) wanilia (6) woda różana (3) zapiekanka (1) zupa (18) święta (10) żurawina (4)

piątek, 29 października 2010

Hummus nr 2. Z pieczoną papryką i czosnkiem oraz suszonymi pomidorami!

Najprostszy sposób, aby nie oceniać? Nie rozkminiać, analizować, myśleć? Zapomnieć. Dlatego staram się zapomnieć o niektórych częściach mojego życia. Smarując chleb hummusem, chce myśleć o tym, że to jest dobry domowy hummus, a nie o tym, co jest złe, a co jest dobre, o tym kogo skrzywdziłam, i o tym kto mnie skrzywdził... O tym ile zrobiłam, ale ile razy stchórzyłam, o tym ile udało się zmienić, a jak dużo jest do zmienienia. Nie chce, w tym momencie, myśleć o bólu, cierpieniu, samotności, zniewoleniu, niesprawiedliwości, nietolerancji, głodzie, poniżeniu. Nie chce, aby całe moje życie wypełniała taka smutna tematyka. Chce mysleć o chlebie i paście przez chwilę. Chodzi mi o to, że wszystko w naszym życiu nie musi być głębokie, nie musi mieć większego sensu. Jeżeli coś jest proste, to niech takie pozostanie. Nie komplikujmy sobie codzienności bardziej niż jest. I cieszymy się codziennymi drobnymi czynnościami, dlatego, że są. Bez analizowania.

Ile głów tyle hummusów, chciałoby się rzec. A ja kocham wszystkie znane mi warianty tej smakowitej pasty, która znajduje się często w moich uczelnianych kanapkach. Ostatnio postanowiłam stworzyć własną kompozycję bazując na znalezionych na innych blogach lub zasłyszanych, przepisach i wyszła mi ekstra pasta. Coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że łącząc same dobre składniki, efekt końcowy musi zadowalać. A w tej paście jest wszystko, co lubię :) Z naciskiem na cieciorkę, czosnek i suszone pomidory, które kocham niewyczerpalną miłością. :)

Składniki:
  • 1 szklanka ugotowanej cieciorki ( może też być z puszki)
  • 1/2 główki pieczonego czosnku
  • 3-4 łyżki mielonego sezamu ( można zmielić w młynku do kawy lub w dobrym blenderze)
  • sok z 1/2 limonki
  • pieczona i obrana ze skórki papryka
  • 4 łyżki mleka sojowego
  • 4 łyżki oleju z pestek winogron
  • sól i pieprz do smaku
  • 3-4 suszone pomidory z oleju, pokrojone w drobne kawałki
Wszystkie składniki za wyjątkiem pomidorów wrzucić do blendera i zmiksować. Po uzyskaniu kremowej konsystencji, pastę wymieszać łyżką z pokrojonymi pomidorami. Posolić i popieprzyć do smaku. Gotowe!
Świetne jako pasta na chleb, dodatek do burgerów i falafeli oraz jako dip do warzyw.

pieczony czosnek (from Sisters' cooking):
kilka główek czosnku, oliwa do posmarowania każdej główki czosnku
Z główek czosnku odciąć czubki. Posmarować oliwą. czosnek ułózyć na blaszce, piec, az lekko zbrązowieje. Używać do sosów lub do smarowania pieczywa. Pieczony czosnek mozna przechowywać w lodówe kilka dni.

soundtrack: Youth Of Today - "Can't Close My Eyes"

wtorek, 26 października 2010

Tort dla Dagmary. Podwójnie waniliowy tort z truskawkami.

Pisałam już kiedyś a propos jakiegoś gigu,że pieczenie i gotowanie nabiera wyrazu, kiedy robimy to dla innych. Stąd z taką radochą gotowałam zawsze na koncerty czy VegeOnowe imprezy. Ostatnio znowu nadarzyła mi się okazja sprawienia sporej liczbie osób słodkiej przyjemności :). Dagmara jest moją nową grupową koleżanką i w minionym tygodniu obchodziła swoje urodziny w zacnym akademiku Eskulap. O tym, że świetnie się bawiłam chyba pisać nie muszę;). Na kilka dni przed planowaną imprezą, nasza starościna, wiedząc o moich kulinarnych podbojach poprosiła mnie o przygotowanie tortu. Oczywiście jako cukierniczka-pasjonatka nie mogłam odmówić i przepuścić takiej okazji.... :) Tort smakował wszystkim bardzo, a ja mam problem, bo grupa liczy dwadzieścia kilka osób, co oznacza duże wyzwanie kulinarne, w końcu wszyscy mają urodziny i każdy chciałby dostać home-made tort. Tort wegański made by Maddy :).


Podwójnie waniliowy tort z truskawkami.

Składniki:

Ciasto:
  • 4,5 szklanki mąki pszennej
  • 1,5 szklanki cukru trzcinowego
  • 3 łyżeczki cukru waniliowego
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 15 łyżek oleju rzepakowego
  • 3 szklanki mleka roślinnego
W jednej misce wymieszać suche składniki za wyjątkiem cukru. W drugiej, mniejszej połączyć mokre składniki i cukier. Płynną masę wlać do większej miski z suchymi składnikami. Wymieszać dokładnie, najlepiej przy pomocy blendera. Wlać do tortownicy wysmarowanej olejem i wysypanej kaszą manną. Piec w temperaturze 180st.C prze ok. 50 minut do tak zwanego suchego patyczka.

Krem:

  • 3 paczki budyniu waniliowego
  • 3 szklanki mleka roślinnego
  • 6 łyżek brązowego cukru
  • szklanka cukru pudru
  • kostka margaryny wegańskiej
2 szklanki mleka doprowadzamy do wrzenia. W trzecią szklankę mleka mieszamy z 3 paczkami budyniu wraz z cukrem trzcinowym. Do wrzącego mleka wlewamy rozprowadzony w budyń. Generalnie postępujemy tak, jak przy gotowaniu każdego innego budyniu, z tym że ten który otrzymamy będzie gęstszy od przeciętnego. Budyń musi całkowicie wystygnąć.
Margarynę w temperaturze pokojowej ucieramy z cukrem pudrem przez kilka minut, następnie po trochu dodajemy budyń cały czas ucierając. Krem powinien być gładki, bardzo przypominający ten karpatkowy.

Dodatki:
  • kilka truskawek, użyłam mrożonych, które bez problemu przekroić na pół jeszcze w stanie zamrożenia
  • wegańska galaretka ( z U.K.), jak ktoś chce może bawić się z agarem, ja nie lubię
  • tabliczka wegańskiej czekolady
  • dżem (u mnie czarna porzeczka, home-made)
  • 3 łyżki amaretto+cukier +woda+sok z cytryny jako syrop do nasączania ciasta
Upieczone ciasto podzielić wzdłuż na 3 mniej więcej równe płaty. Każdy płat nasączyć syropem z amaretto. Dolny płat posmarować dżemem i kremem. Przykryć następnym płatem, który smarujemy już tylko kremem. Przykrywamy ostatnim patem i cały tort mniej więcej równomiernie wysmarowujemy kremem pozostawiąc odrobinę na ozdobienie. Wierzch tortu ozdabiamy szprycą do kremów "gwiazdka przy gwiazdce". Ewentualne wolne przestrzenie wypełniamy, tak aby jak najmniej galaretki mogło się wydostać na boki. Tort wkładamy do lodówki na trochę. Truskawki przekrawamy na pół. Galaretkę przyrządzamy wg przepisu na opakowaniu. Wyciągamy tort z lodówki. Całą wolną przestrzeń na górze wykładamy truskawkami. Stopniowo zalewamy owoce zastygającą galaretką. Ponownie wkładamy tort do lodówki. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Gładką powierzchnię np. plastikową deskę lub jakąś gumową podkładkę smarujemy równomiernie czekoladą. Pozostawiamy ją do zastygnięcia (proces można przyspieszyć umieszczając ją w lodówce lub zamrażarce). Po pewnym czasie kroimy czekoladę w cienki słupki. Wokół tortu tworzymy "płotek" z powstałych słupków. Jeżeli dysponujemy jakimiś fajnymi ozdobnikami ( ja miałam gwiazdki) to możemy jeszcze poszaleć, jeżeli nie to i nic nie szkodzi, tort i tak jest gotowy. :)





Smacznego!!!

Soundtrack: Birthday Party Band

sobota, 23 października 2010

Migdałowe ślimaczki drożdżowe. Love or Hate?


Rozstania. Ostatnio jest to temat na topie...Wraz z końcem związku traci się nie tylko swoją tzw. drugą połówkę, ale coś znacznie więcej. Traci się przyjaciela, osobę która zna Cię na wylot i przed którą nie możesz zbyt długo udawać... Po rozstaniu przychodzi moment, że to właśnie twojego najlepszego przyjaciela brakuje najbardziej. Dlatego, od chwili zerwania, zaczynamy się otaczać tak dużą grupą ludzi - szukamy przyjaciół, którzy mają nam zrekompensować utratę tego szczególnego - jednego. Jest to podobno bardzo naturalny, można rzec klasyczny symptom. Rozstanie jednak wcale nie oznacza, że na zawsze, bezpowrotnie musimy utracić tak ważną w swoim życiu osobę, która spędziła z nami szereg smutnych, ale też mnóstwo cudownych chwil, która nas tyle nauczyła, i którą my mieliśmy okazję czegoś uczyć. Kryzys, jaki przechodzimy po rozstaniu ma jednak swoje etapy. I czy nam się to podoba, czy nie, musimy przez nie przebrnąć. Musimy pozwolić sobie na "żałobę", żal, smutek, płacz, a nawet rozpacz. Kolejne uczucia jakie będą nam towarzyszyć to wściekłość i nienawiść do osoby, która jeszcze niedawno była tą, z którą mogliśmy przysłowiowe konie kraść. Przeżywając te wszystkie emocje kiedyś dochodzimy do etapu, w którym jesteśmy w stanie pogodzić się i zaakceptować wszystko, co nam się przytrafiło. Nie wolno nam poszczególnych etapów przyspieszać, pomijać, ignorować. To niestety tak nie działa. Każdy przechodzi je na swój własny sposób, w zależności od charakteru i osobowości.
I najważniejsze, nie próbować na siłę przyspieszyć i dojść do etapu, kiedy będziecie mogli odnaleźć w sobie przyjaciół. Jeżeli za szybko zrobi się krok do przodu, to okaże się, że po chwili robi się dwa o tyłu. Zamiast zaprzyjaźnić, poranicie się jeszcze bardziej, mówiąc rzeczy, których nie myślicie, a które czujecie w danej chwili ze względu na fazę kryzysu. Myślę, że nie bez przyczyny mówi się, że czas leczy rany. Ja jestem pewna, że leczy, tylko potrzebuję go jeszcze dużo, dużo, dużo. Trzeba dać sobie ten czas. I być cierpliwym.

Smutna Maddy potrzebuje słodyczy, by poczuć się trochę lepiej. Dlatego piecze, jak tylko znajdzie odrobinę czasu i przegryza sobie popijając zieloną herbatę, zanurzona w lżejszej bądź trudniejszej lekturze.

Almedrina przyjechała ze mną z wakacyjnego wyjazdu do Barcelony. Jest to bardzo słodki, migdałowy krem o karmelowej konsystencji. Nie orientowałam się, czy istnieje jakakolwiek możliwość dostania go w Polsce. Na razie nie muszę się o to martwić, bo mam spory zapas. A kiedy się skończy, to będę miała 1000 powód, aby powrócić do Barcelony:). Jeżeli wybieracie się do Hiszpanii lub też jadą tam Wasi bliscy, to koniecznie zamówcie sobie 400 g słoiczek albo, jak ja, 1 kg puszkę :). Krem ten sprawdza się doskonale w wypiekach, ale też w sytuacji, kiedy koniecznie musicie zjeść łyżeczkę czegoś słodkiego i lepkiego, bo inaczej zemdlejecie...

Składniki:
  • 50g drożdży
  • 4 szkl. mąki pszennej
  • 2/3 szkl. cukru trzcinowego
  • 1 szkl. mleka roślinnego
  • 1/2 szkl. oleju
  • 4 łyżki kremu almendrina
  • 4 łyżki zmielonych migdałów

Drożdże ucieramy z cukrem. Czekamy, aż się rozpuszczą. Następnie dodajemy ciepłe mleko i zaczyn odstawiamy pod przykryciem na 15 minut do wyrośnięcia. Po tym czasie dodajemy olej i mąkę i dokładnie wyrabiamy ciasto. Odkładamy je w ciepłe miejsce na 40 minut, aby wyrosło.
Następnie wyrabiamy ciasto z odrobiną mąki, aby się nie kleiło. Z ciasta rozwałkowujemy w miarę równy prostokąt. Smarujemy go kremem i posypujemy migdałami. Ciasto zwijamy w rulon i kroimy go ostrym nożem na 1,5-2 cm krążki. Pieczemy w 180 st.C przez około 10-15 minut.

Soundtrack : Ceremony - "Violence Violencs" z nacikiem na "It's Going to be a Cold Winter"

Come to reality, keep your feet on the ground.

All I know now is regret.
Nine months of shit, how do you fake a fucking smile just to bury it?
Hold on to your memories for as long as you can, it might be the last thing you ever feel in here.
We might hold onto our grudges, teach ourselves to forget, burn bridges, sink ships till the bitter end.

środa, 20 października 2010

Krem brokułowo-kalafiorowy


Łowy kontenerowe sprawiają, że muszę kombinować. Po pierwsze: co można ugotować ze zdobytego jedzenia, bo drugie: co zrobić w ogóle, z taką ilością jedzenia. Papryki, pomidory, cukinie i cebule przerabiam na leczo, które ląduje w zamrażarce i będzie naszym ratunkiem, kiedy nie będziemy miały na nic czasu.

Tytułowy krem też w dużej mierze jest freegański, jedynie przyprawy i kasza jest nie- kontenerowa. Reszta jest dowodem na to, że świat oszalał i naprawdę wszystko jest nie tak. Chore jest to, ile jedzenia marnuje się na świecie, gdzie tylu ludzi głoduje i żyje w skrajnej nędzy. Podobno, co 5 sekund na świecie umiera z głodu dziecko. Ale tak naprawdę nie chodzi mi o kraje Trzeciego Świata! Chodzi mi o nasz własny grajdoł... W Polsce ok.8-10% dzieci jest niedożywiona... Myślicie o tym podejmując bezsensowną konsumpcję, zmuszającą do nadprodukcji pożywienia, które kiedy nie zostanie wykupione zamiast trafić do potrzebujących ląduje w przysklepowych kontenerach? Czy wiecie, że tak naprawdę wiele zależy od naszych wyborów? Jak często dobre jedzenie w Waszym domu również trafia do kosza, bo nabyliście go tyle, że psuje się nim zdążycie je zjeść? Rozważajcie, rozważajcie... I nie kupujcie więcej niż potrzebujecie.

Jeszcze jedna sprawa, chodzę regularnie pod supermarkety, jest to na pewno oszczędność, ale to co mną kieruje to przede wszystkim to, że nie mogę znieść myśli, że marnujemy jedzenie... Nie chcąc się do tego przyczyniać, zbieram i jem to, co znajdę. Są na tym świecie rzeczy, których nigdy nie zaakceptuję!!!

Ale wrócimy do przepisu:

Składniki:
  • 2 średnie kalafiory
  • 1 brokuł
  • 2 ziemniaki
  • 2 litry bulionu warzywnego*
  • gałka muszkatołowa
  • 1/2 szklanki kaszy jęczmiennej wiejskiej grubej
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 4 łyżki oleju z pestek winogron
Kalafior podzielić na różyczki, ziemniaki i gotować w bulionie przez 15-20 minut. Po tym czasie wrzucić brokuła( różyczki i łodygę) i gotować kolejne 5-10 minut. Ugotowane warzywa zmielić blenderem. Kaszę opłukać, wrzucić do zupy i gotować około 15 minut. Mieszając co jakiś czas, aby krem nie zaczął przywierać. Następnie doprawić świeżo startą gałką, octem balsamicznym i olejem. Można posolić i popieprzyć do smaku, jeżeli bulion był za mało wyrazisty.

Przed podaniem posypać obficie natką lub dowolnymi kiełkami lub ziarnami.Smacznego!


* bulion warzywny warto robić samemu. Nie ma nic prostszego. Wystarczy ugotować włoszczyznę z solą, pieprzem, liściem laurowym, zielem angielskim, lubczykiem itp. Następnie ugotowane warzywa wykorzystać np. do sałatek lub past na kanapki. Taki bulion można mrozić w butelkach po wodzie mineralnej, mając na uwadze, że ciecz po zamrożeniu zwiększa swoją objętość i należy w butelce zostawić nieco miejsca. Bulion taki jest świetnym rozwiązaniem, jeżeli podobnie jak ja macie opory, co do jedzenia gotowców.

niedziela, 17 października 2010

Wegańskie ciasto drożdżowe z lawendą,kardamonem i węgierkami


Lubicie oglądać zdjęcia? Ja uwielbiam. W chwilach, kiedy jest mi źle, pomagają wrócić do momentu, kiedy wszystko było jasne, proste, piękne itd. Kiedy wątpię, czy umiem być szczęśliwa patrzę na siebie w momentach, gdy z tego szczęścia się rozpływałam, przypominam sobie jak to było i uświadamiam, że umiem i że choć dużo za mną, to nadal jeszcze więcej przede mną. Sentymentalne ze mnie stworzenie. Jeszcze jestem w domu u rodziców. Oglądam dużo zdjęć sprzed lat i szukam w sobie tego szczęśliwego i słodkiego dzieciaka, jakim byłam... Przecież musi gdzieś tam być...

A skoro już w rodzinnym domu się znalazłam, to...

W naszym kręgu kulturowym ciasto drożdżowe to podstawa. Piecze się je chyba w każdym domu. U mnie też, zarówno w tym rodzinnym, jak i tym poznańskim. Bazując na przepisie Agaty, proponuję jednak pokombinowanie z ciastem. Dodanie do niego czegoś, co nigdy w nim nie lądowało, a co idealnie do niego pasuje. U mnie będzie to lawenda i kardamon. A u Was? Jakieś pomysły?


Składniki:
  • 50 g świeżych drożdży
  • 3 szklanki mąki pszennej ( + ewentualnie trochę do podsypywania przy ugniataniu)
  • 1 szklanka mleka roślinnego ( u mnie D.I.Y migdałowe)
  • 3 łyżki maki kukurydzianej
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 1/2 szklanki oleju rzepakowego
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • 1 łyżeczka ususzonych kwiatków lawendy
  • 1 łyżeczka ziaren kardamonu ( można w całości, można też je zmielić)
  • śliwki węgierki
Kruszonka:
  • 1 szklanki maki pszennej
  • 4-6 łyżek cukru kryształu
  • cukier waniliowy
  • troszkę oleju i troszkę wody
Drożdże rozdrabniamy, najlepiej w glinianej misce, zasypujemy cukrem i odstawiamy na 10 minut, do czasu, aż drożdże zaczną się rozpuszczać. Po tym czasie, zalewamy je ciepłym mlekiem i odstawiamy na około 0,5 godziny, przykryte ściereczką, koniecznie w ciepłe, wolne od przewiewów miejsce. Po tym czasie wsypujemy lawendę, kardamon, mąkę kukurydzianą oraz cukier waniliowy. Mieszamy. Kolejny krok to dodanie 1/2 porcji mąki i dolanie oleju. Mieszamy ciasto, stopniowo zaczynając je ugniatać i dodajemy pozostałą mąkę. Kiedy ciasto jest dosyć gładkie i elastyczne, ponownie ustawiamy je w "przytulnym", ciepłym miejscu ( np. gdzieś w pobliżu kominka), przykryte ściereczką i zostawiamy na co najmniej godzinę.
Składniki kruszonki mieszamy do odpowiedniej konsystencji. Wyrośnięte ciasto układamy na blasze wysmarowanej olejem i wysypanej bułką tartą. Ciasto pokrywamy śliwkami i posypujemy kruszonką. Pieczemy przez ok 50 min. w temperaturze 200 st.C.




soundtrack: SOKO - z naciskiem na "it's rainning outside" ( ta piosenka oddaje to, jak się czułam przez ostatnie kilka miesięcy, co nie oznacza, że teraz czuję się lepiej), "my enemy" oraz "it's fine, if you don't love me (go ahead and fuck yourself)"

czwartek, 14 października 2010

Tofu z warzywami po chińsku

Chińskie smaki początkowo poznawałam poza domem. Np. słynne warszawskie "tofu w 5 smakach", którym do znudzenia objadają się moi koledzy weganie ze stolicy. W Poznaniu jest też jedno miejsce (w każdym razie tylko jedno znam) z daniem składającym się z warzyw i słynnego sojowego serka... Tyle, że ja nie jestem wielką entuzjastką jedzenia poza domem, bo jakoś zawsze serwowane dania budzą moje wątpliwości... Odkąd pizzerię "Oliwkę" (R.I.P.) zamknęli (jedyne miejsce w Poznaniu, gdzie kumali o co w weganizmie chodzi i nie dziwili się pizzy bez sera) łamiąc mi serce, zdarzyło mi się być kilkakrotnie na "tofu". Jednak nie na moją kieszeń takie wychodzenie, poza tym jedzenie w kółko jednej potrawy nie jest dobrym pomysłem i chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. Pewnie inaczej by się sprawa miała, gdyby w mieście pojawiła się wegańska knajpa serwująca rozmaite potrawy w przystępnych cenach. Wtedy znając siebie nie raz ratowałabym się jedzeniem tam. Albo przesiadywała ze znajomymi... Ale takie zjawisko pozostaje w sferze marzeń. Poznań to nie Berlin niestety.

Inną sprawą jest fakt, ze dużo kontenerowego jedzenia posiadam zazwyczaj i muszę je wykorzystać. Tak więc gotuję sama i kiedy mam ochotę na chińszczyznę, to też sobie radzę:)


Ogólnie ten rok akademicki miał przebiegać pod hasłem doskonalenia się w kuchni chińskiej, ale główny aktywator tego pomysłu zniknął nagle z mojego życia i chyba nie chce w nim uczestniczyć, to też nie będę się nią zagłębiać w takim stopniu jak sądziłam, bo sama aż tak się nią nie jaram.

A dziś proponuję: tofu z cukinią i papryką w 5 smakach!!!


Składniki:

  • 1/2 dużej cukinii, takiej ogrodowej najlepiej
  • 2 papryki ( zielona i czerwona)
  • 1 czerwona cebula
  • 300 g tofu
  • olej z pestek winogron
sos (bazując na przepisie z puszka.pl) :
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka mąki ryżowej lub ziemniaczanej
  • 3 łyżki jasnego sosu sojowego
  • 3 łyżki ciemnego sosu sojowego
  • 1,5 łyżeczki przyprawy 5 smaków ( szukajcie mieszanek przypraw w sklepach ze zdrową żywności, które nie zawierają glutaminianu sodu)
  • 1 szklanka wody
Wszystkie składniki sosu mieszamy w zamkniętym słoiku lub shakerze. Odstawiamy.

Tofu kroimy w 1cm kostki. Na małej patelni rozgrzewamy 2 łyżki oleju i smażymy tofu do czasu aż się w miarę równomiernie przyrumieni. Lekko je solimy i pieprzymy. Warzywa kroimy w paski. Na dużej patelni rozgrzewamy 3 łyżki oleju, wrzucamy cebulę i smażymy do czasu aż się zeszkli. Następnie wrzucamy paprykę i po 5 minutach cukinię. Smażymy razem ok.10 minut. Dodajemy podsmażone tofu. Następnie warzywa z tofu zalewamy przygotowanym sosem. Dusimy wszystko razem przez kolejne 10 minut. Podajemy z ryżem lub makaronem "sojowym".

Smacznego!!

Soundtrack: Walter Schreifels-"An Open Letter To The Scene"

poniedziałek, 11 października 2010

Ciastka orzechowe z anyżem i amaretto oraz....

W minionym tygodniu byłam w kinie na filmie " Mine vaganti. O miłości i makaronach". Kino europejskie jest fantastyczne i ten film jeszcze bardziej utwierdził mnie w tym przekonaniu. Polecam serdecznie!
W filmie padły słowa, które ze względu na ostatnie wydarzenia w moim życiu, bardzo zapadły mi w pamięci i nie dają mi spokoju. Mniej więcej brzmiały one tak, że nie można uciec od przeszłości, bo to co z niej najważniejsze i tak w nas pozostaje... Ja ostatnio usilnie staram się od przeszłości uciekać i być może popełniam błąd, którego nie uda mi się już nigdy naprawić...

Innym wnioskiem jaki nasunął mi się po filmie jest to, że miłość to równie piękne, jak i trudne uczucie. Tak naprawdę zaczynając kogoś kochać, fundujemy sobie dawkę bólu gratis, bo w miłość, i szczęśliwą i nieszczęśliwą zawsze wpisuje się cierpienie. Wiem, że może to co piszę jest proste i logiczne. Jednak czasami o tym zapominamy. Dobrze, że są dobre książki i filmy, które nam o tym przypominają. Gorzej, kiedy przypomina nam o tym życie...

Koniec smucenia!!! Na deser ciastka włoskie ( sądząc po składzie), zapożyczone od Liski. Robiłam je wprawdzie już dawno, ale jakoś nie mogłam ich opublikować. Ciastka są wegańskie i na oleju, czyli unikamy niezdrowych tłuszczów utwardzonych.

Świetne do zielonej herbaty. Żeby sobie przegryźć, gdy jest smutno!


Składniki (na ok.30-40 ciastek):
  • 300 g mąki pszennej
  • 120 g oliwy z oliwek ( ok. 0,5 szklanki; ja użyłam oleju z pestek winogron)
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 50 g orzechów laskowych ( zmielić)
  • 1 płaska łyżeczka mielonego anyżu
  • 4 łyżki amaretto
  • 4 łyżki soku z cytryny
  • 100 g cukru pudru

Wszystkie składniki ugnieść w misce. Formować kulki wielkości orzecha włoskiego i lekko je spłaszczać, układać na naoliwionej lub wyłożonej papierem do pieczenia formie. Piec w temperaturze 180 st.C przez 15 -20 minut, do czasu aż się ładnie zarumienią. Po wystudzeniu ściągnąć z formy i włożyć do szczelnego opakowania ( słoika lub puszki ).


Smacznego!!!

Soundtrack: "The Sounds Of The Smiths" z naciskiem na "How Soon Is Now".


środa, 6 października 2010

Curry dyniowe z ciecierzycą

W ramach ogarniania się lub, jak to powiedziała moja starsza siostra"otrzepywania się",byłam dziś rano na rynku po dynie. Nabyłam dwa te pomarańczowe cuda ( w sumie prawie 8 kg!) i może jutro uda mi się je przerobić na pulpę i zamrozić. Będę miała gotową bazę do zup, sosów, ciast, muffinów i kremów na najbliższe miesiące.
Patrząc w lustro stwierdzam, ze znowu się trochę zaniedbałam. W odbiciu widzę coś bladego, chudego, z przekrwionymi oczami. Tak nie wygląda weganka! Dlatego od dziś koniec. Jem! Aaa!I uważam na drodze, bo ostatnio tyle dziwnych przejść miałam na rowerze, że szkoda gadać. Moja rada: jeżeli macie tendencje do rozkminiania swoich problemów podczas jazdy rowerem, to wybierzcie się na nim do lasu, a nie w miasto, bo w zderzeniu z autem nie macie szans... Ja na szczęście tylko otarłam się o wypadek, ale potem, jak sobie pomyślałam, że trochę mniejsza odległość, trochę większa prędkość i mogłoby się skończyć kalectwem lub czymś gorszym, to ciarki mnie przeszły. Prawda też jest taka,że kierowcy czują się panami szos. Nie zwracają uwagi na ludzi przemieszczających się po mieście na dwóch kółkach. Rowerzyści są użytkownikami ruchu gorszej kategorii. Zapominają, że w chwili wypadku, w zderzeniu z rowerem to nie oni lądują na wózku lub tracą życie. Dlatego apeluję o trochę uwagi, rozsądku z ich strony. Jeżeli jest im przykro (czytaj:są nieźle wkurzeni), że stoją w korku, który ja mogę ominąć to może powinni pomyśleć o zmianie środka komunikacji i przesiąść się na rower? hmm...

Poniższe danie przygotowałam mniej więcej rok temu dla największego amatora cieciorki jakiego znam. Wprawdzie wtedy trzymając się oryginalnego przepisu dodałam do środka banana. Jak dla mnie danie wyszłoby pyszne, ale ten banan? Nie, zdecydowanie nie dla mnie takie połączenie smaków. W tym roku się poprawiłam. Wyszło idealne dla moich kubków smakowych.


Składniki:
  • 3 łyżki oleju
  • 1 mała czerwona cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżeczki startego imbiru
  • 1 łyżeczka zmielonej kolendry
  • 1/2 łyżeczki zmielonego kuminu
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • 1/4 łyżeczki cynamonu
  • ok. 2 szklanki pokrojonej w kostkę dyni
  • 1 łyżka czerwonej pasty curry
  • 2 obrane ze skórki i pokrojone w kostkę pomidory
  • 1 i 1/4 szklanki bulionu warzywnego
  • 1 i 3/4 szklanki ciecierzycy konserwowej lub gotowanej
  • pietruszka do posypania
W rondlu (na dużej patelni) rozgrzej dwie łyżki oleju. Wsyp posiekaną cebulę, po chwili pokrojony lub zmiażdżony czosnek, imbir i zmielone przyprawy. Smaż 5-6 minut.
Dynię wymieszaj w misce z pastą curry, tak aby każda kostka była nią delikatnie wysmarowana.
Do rondla wrzuć pomidory i bulion i gotuj na małym ogniu 15 minut.
Na drugiej patelni rozgrzej łyżkę oleju, wsyp dynię i smaż ja przez 5 minut, mieszając, aż się zarumieni.
Dynię dodaj wraz z cieciorką do sosu pomidorowego i duś 20 minut.

Gotowe danie podawaj z ryżem i posyp pietruszką.



soundtrack:" The Sound Of The Smiths " z naciskiem na "There Is A Light That Never Goes Out"

wtorek, 5 października 2010

Podwójnie ryżowa zupa z zielonej fasolki szparagowej i masalami

Chciałabym napisać coś fajnego, optymistycznego, mądrego, ale nic nie przychodzi mi do głowy...Już nie, albo jeszcze nie. Jestem bardzo zmęczona po tych dwóch intensywnych dniach na uczelni. Ale może spróbuję?Mam tyle powodów do smutku, co do radości. Ostatnimi czasy straciłam bardzo dużo i dużo łez się polało i pewnie jeszcze się poleje. I tęsknię, choć wiem, że nie powinnam i trzymam ten słoik słonych wspomnień, że też sparafrazuję F.I.S.Z.A.. Jednocześnie odkryłam coś, czego nie widziałam wcześniej. A mianowicie to, że mam wokół siebie tylu ludzi. Wspaniałych, mądrych, pociesznych, ludzi, na których mogę liczyć. I to oni stali się motorem do tego, abym nie stanęła w miejscu. Dbają o to, abym się nie nudziła z myślami plączącymi się po głowie. Robią wszystko, żebym czuła się dobrze i spokojnie. To oni są gotowi mnie wysłuchać, a czasami po prostu pomilczeć. Dzięki nim nie jestem sama. I choć ciągle biję się z myślami, które są coraz gorsze, to jednak wiem, że muszę być silna, dzielna, mądra i żyć pełnią życia, chociażby po to, żeby móc się im kiedyś odwdzięczyć za ich pomoc. Ale to teoria, bo łatwo nie jest...


Składniki:
  • odrobina oleju
  • 1/2 czerwonej cebuli
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 lyżeczka garam masala
  • 1 lyżeczka tandoori masala (trudno dostępna w Polsce)
  • 1 lyżeczka kurkumy
  • 0,5 kg zielonej fasolki szparagowej ( może być mrożona)
  • 1,2 l bulionu warzywnego
  • 0,5 szklanki ryżu
  • 1 szklanka mleka ryżowego
  • sól i pieprz do smaku
W rondlu rozgrzej olej, wrzuć poszatkowana cebulę, po chwili dodaj zmiażdżony czosnek.Wsyp przyprawy i podsmaż przez chwilę do czasu, aż zaczną uwalniać aromat. Wsyp obrana fasolkę i mieszaj przez minute. Zalej bulionem i doprowadź go do wrzenia. Wsyp ryż. Kiedy ryż będzie gotowy zmiel całość blenderem i wlej mleko ryżowe. Dopraw sola i pieprzem do smaku!
Gotowe!

Smacznego!

niedziela, 3 października 2010

Zamiast przepisu... moje rozkminy na temat życia...



Moje życie patrząc z boku może wydawać się idealne: zdrowa, otoczona kochającymi ludźmi osoba. Z perspektywami. Na bardzo przyszłościowych studiach dających ciekawy i szlachetny zawód. Jednak życie to nie bajka, nie jest usłane różami i nie składa się z samych sukcesów. Niestety niejednokrotnie spotyka nas wiele nieprzyjemnych, często dramatycznych sytuacji. Ci, których najbardziej kochamy potrafią nas zranić jak nikt inny... Spotykamy wielu złych ludzi, którzy wykorzystując naszą naiwność i dobre serce, bawiąc się naszym kosztem, zawodzą, krzywdząc nie tylko nas, ale ludzi na których nam zależy. A co nam pozostaje. Nie poddawać się. Z podniesionym czołem walczyć o to, aby każdy następny dzień był lepszy. Unikać nieprzyjemnych sytuacji, a kiedy już nas spotykają nie brać wszystkiego do siebie, bo problem tkwi w nich, a nie w nas. To , co trzyma mnie w ryzach, kiedy wydaje mi się, że świat przewraca się do góry nogami, to przyjaciele, pasje i zainteresowania. Świadomość, że są tacy, którym jestem niezbędna, niekończąca się chęć pomagania i ratowania wszystkiego, co się da. Ja tak naprawdę chce codziennie walczyć o życie: moich przyszłych pacjentów ( pilną nauką), ludzi skrzywdzonych przez los i system, w którym żyją oraz zwierząt zgnębionych przez antropocentryzm, stawianie się człowieka ponad wszystkim . Bardzo na sercu leży mi los naszej planety. Całym sercem troszczę się o środowisko, w którym żyję. Zmiany jakie chce widzieć w świecie wprowadzam w swoje życie i całą sobą udowadniam, że można inaczej żyć i myśleć. To nie boli, a w trudnych sytuacjach bardzo pomaga, bo wiem, że robię wszystko, co mogę. Pewnie niezdarnie i popełniając mnóstwo błędów, ale staram się na przekór wszystkiemu i wszystkim..
A z każdego niepowodzenia , życiowej porażki trzeba wyciągnąć wnioski i postarać się zrobić tak, żeby to, co z pozoru nas osłabia, w rzeczywistości sprawiło, że stajemy się dużo bardziej silniejsi niż byliśmy wcześniej.
Dopóki nie zaakceptujemy siebie, nie polubimy się takimi jakimi jesteśmy i będziemy się czuli dobrze sami ze sobą, to nie ułożymy sobie w życiu niczego trwałego. Uwierzcie mi. Dlatego warto nad sobą pracować, aby być szczęśliwym i aby inni byli z nami szczęśliwi.