poniedziałek, 6 grudnia 2010

Ciastka cytrynowe i zaszywanie ran.


Wczoraj późnym wieczorem wracałam z koncertu, a że straszna ze mnie gapa, zapomniałam, że nie mam biletu i nie było w pobliżu miejsca, gdzie mogłabym go nabyć, postanowiłam się przejść. Choćby dlatego, że lepiej się śpi po spacerze, a poza tym można wtedy trochę pomyśleć...Z nieba sypał śnieg, pokrywając miasto białym puchem. Nawet nie irytowałam się tym, jak nie znoszę zimy, i tym że jestem w adidasach, ale cieszyłam oczy wirującymi wokół płatkami śniegu. Śnieg przykrył wszystko, co szare, bure i miasto wydawało się jakieś zaczarowane. Bez kitu. Poza tym, pomyślałam sobie, że ten śnieg zacznie się w końcu topić, wzrośnie temperatura i to chyba będzie moment, kiedy wyjdą z ziemi krokusy.
Myślałam sobie o perypetiach sercowych w całym swoim życiu. Mam trochę pecha, jeżeli o to chodzi. Skłonność do trafiania na facetów, którzy kochają mnie tak, że nie dają mi żyć, osaczają i wypełniają każdą przestrzeń mojego życia, a ja czuję się jak w klatce, i choć złotej to jednak klatce i nie marze o niczym innym, jak o ucieczce. Drugi scenariusz jest taki, że kochają mnie... za mało. Tylko trochę i wybiórczo. Zarówno Ci pierwsi, jak i drudzy nie akceptują mnie taką jaka jestem. Zakochują się nie we mnie,ale w swoim wyobrażeniu na mój temat. A ja nie jestem jakąś wyimaginowaną postacią, ale realną osobą. Mam ogromne wady, duże problemy i trudny charakter. Przegrywam, gdy rzeczywistość konfrontuje się z marzeniami.

Tym wpisem kończę wywody na temat swoich sercowych problemów. Nie, nie zniknęły one nagle, ale z tym jest tak, że pisząc o tym, dokonuję jakby operacji na otwartym sercu. A teraz czas ją zakończyć, zaszyć ranę i pozwolić jej się powoli goić. Jeżeli napisze o tym jeszcze choć słowo, to tak, jakbym jej nie zaszyła, tylko zostawiła serce na wierzchu, narażając je na jeszcze większe problemy. Nie pozostaje mi nic innego, jak opatrzyć ranę i doglądać jak się goi, opiekować się nią, aby pozostawiła możliwie najmniejsze blizny.

Jednocześnie zaznaczam, że nie przestanę pisać o sobie i swoich emocjach, problemach, radościach i perypetiach, ponieważ ten blog ma już taką stylistykę, że nie jest tylko brulionem z wegańskimi przepisami, ani poradnikiem dla wegan. Jest opowieścią o dziewczynie, która choć chuda, drobna, malutka, wrażliwa i płaczliwa, jest też całkiem silna i zadziorna. Mam w sobie coś z Małej Mi. Bez kitu.

Teraz jest środek nocy, piszę to pijąc kakao i podjadając resztę ciastek, jakie pozostały mi z akcji Ciasto w miasto, na której jednak się znalazłam i wsparłam swoimi wypiekami.
Skoro już o ciastkach mowa, to łapcie przepis. Może się przyda, gdy wrócicie w nocy do domu i będziecie chcieli przegryźć coś do kubka kakao.
Składniki:
  • 3 szklanki mąki pszennej
  • 1 szklanka cukru trzcinowego ( najlepiej zmielonego, żeby był puder)
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • skórka starta z jednej cytryny
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 kostka ( 250 g) margaryny ( u mnie to tradycyjnie Alsan - thx dla M. )
  • 2 łyżki śmietanki kokosowej ( gęstego mleka kokosowego)
Margarynę ucieramy z cukrem, dodajemy śmietankę kokosową, sodę, i ubijamy na pulchną masę. Następnie łączymy ze skórką i sokiem z cytryny. Powoli dodajemy mąkę, aż powstanie gładkie ciasto. Wsadzamy je na minimum godzinę do lodówki. Z ciasta formujemy kulki, które spłaszczamy i układamy na wyłożonej papierem pergaminowym blachę. Pieczemy 12-15 minut w temp.180 st. aż się zarumienią.

Można przygotować lukier z cukru pudru i soku z cytryny i posmarować upieczone ciasteczka. Będą słodsze, a przy tym podkreślimy smak cytryny. :)


.
Smacznego!!! Miłego tygodnia życzę.

Soundtrack: The Fight - "Maladicion" z naciskiem na ... całość. :)

2 komentarze:

  1. śliczne cisteczka :)

    A trudnym człowiekiem na swój sposób jest każdy.

    OdpowiedzUsuń
  2. hmmm.. wiem, wiem, Sis. 3maj się!!!

    OdpowiedzUsuń