sobota, 23 października 2010

Migdałowe ślimaczki drożdżowe. Love or Hate?




Almedrina przyjechała ze mną z wakacyjnego wyjazdu do Barcelony. Jest to bardzo słodki, migdałowy krem o karmelowej konsystencji. Nie orientowałam się, czy istnieje jakakolwiek możliwość dostania go w Polsce. Na razie nie muszę się o to martwić, bo mam spory zapas. A kiedy się skończy, to będę miała 1000 powód, aby powrócić do Barcelony:). Jeżeli wybieracie się do Hiszpanii lub też jadą tam Wasi bliscy, to koniecznie zamówcie sobie 400 g słoiczek albo, jak ja, 1 kg puszkę :). Krem ten sprawdza się doskonale w wypiekach, ale też w sytuacji, kiedy koniecznie musicie zjeść łyżeczkę czegoś słodkiego i lepkiego, bo inaczej zemdlejecie...

Składniki:
  • 50g drożdży
  • 4 szkl. mąki pszennej
  • 2/3 szkl. cukru trzcinowego
  • 1 szkl. mleka roślinnego
  • 1/2 szkl. oleju
  • 4 łyżki kremu almendrina
  • 4 łyżki zmielonych migdałów

Drożdże ucieramy z cukrem. Czekamy, aż się rozpuszczą. Następnie dodajemy ciepłe mleko i zaczyn odstawiamy pod przykryciem na 15 minut do wyrośnięcia. Po tym czasie dodajemy olej i mąkę i dokładnie wyrabiamy ciasto. Odkładamy je w ciepłe miejsce na 40 minut, aby wyrosło.
Następnie wyrabiamy ciasto z odrobiną mąki, aby się nie kleiło. Z ciasta rozwałkowujemy w miarę równy prostokąt. Smarujemy go kremem i posypujemy migdałami. Ciasto zwijamy w rulon i kroimy go ostrym nożem na 1,5-2 cm krążki. Pieczemy w 180 st.C przez około 10-15 minut.

Soundtrack : Ceremony - "Violence Violencs" z nacikiem na "It's Going to be a Cold Winter"

Come to reality, keep your feet on the ground.

All I know now is regret.

Nine months of shit, how do you fake a fucking smile just to bury it?
Hold on to your memories for as long as you can, it might be the last thing you ever feel in here.
We might hold onto our grudges, teach ourselves to forget, burn bridges, sink ships till the bitter end.

13 komentarzy:

  1. rozstania są trudne, ale też wnoszą szansę na coś nowego, być może nawet zdecydowanie bardziej pozytywnego, niż do tej pory. Chociaż na początku czasem ciężko jest w to uwierzyć. A bułeczki to dla mnie też świetne poprawiacze nastroju :) szczególnie takie mięciutkie i pyszne

    OdpowiedzUsuń
  2. Ślimaczki wyglądają przepysznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. rozstania bolą. są trudne, zbyt trudne.
    ale trzeba stawiac czoło trudom. i wierzyc, że po rozstaniu nastąpi połączenie.

    rewelacyjne ślimaki. ach, migdałowe, pyszne!

    OdpowiedzUsuń
  4. nie ma almendriny w Polsce. Zupełnie bez sensu

    OdpowiedzUsuń
  5. Mądrze piszesz, Maddie, naprawdę mądrze. Mam nadzieję, że czas u Ciebie działa naprawdę dobrze... Życzę Ci tego.

    A w razie czego zawsze możesz złapać w łapkę takiego pysznego ślimaczka i choć na chwilę świat staje się słodki i różowy...

    OdpowiedzUsuń
  6. rozstania słabe rzecz - nawet jak już jest po wszystkim i ma się dystans do drugiej osoby to ciągle można tęsknić do samych w sobie przyjemnych chwil z przeszłości, ale mając słoik kremu migdałowego można przeżyć inne, jeszcze piękniejsze chwile :))

    OdpowiedzUsuń
  7. cóż, wracam chyba do postawy sprzed 1,5 roku : "nie przywiązuję się do ludzi, nie warto, oni przychodzą i odchodzą".

    OdpowiedzUsuń
  8. to ja jadę do Barcelony już teraz po almendrinę ;-)

    OdpowiedzUsuń
  9. moja almendrina, którą mi z Barcy przywizłaś już się dawno skończyła :( Więc przepisu nie wypróbuję na razie, choć wyobrażam sobie jaki musi być pyszny!

    Dzięki za pomoc w ostatni weekend!

    Nie wszyscy ludzie przychodzą i odchodzą, Maddy. My jakoś trwamy razem, no nie? Raz lepiej, raz gorzej, ale jesteśmy gdzieś obok.

    OdpowiedzUsuń
  10. No właśnie, taka ilość Sióstr to niezłe szczęście.:)

    OdpowiedzUsuń
  11. ach dziewczyno, minęło już parę miesięcy a czytając Twojego bloga wiem,że mniej więcej w tym samym czasie zdarzył nam się ten sam smutek.
    Wariuję przez to juz czasami, autentycznie!
    No ale właśnie przed chwileczką przeczytałam tego posta i aż zapisałam go sobie na kompie - do przeczytania kiedy nadchodzą te gorsze dni :)
    Wiadomo... jestem na takim etapie, gdzie szczególnie do serca biorę sobie zdanie "Rozstanie jednak wcale nie oznacza, że na zawsze, bezpowrotnie musimy utracić tak ważną w swoim życiu osobę..." :)
    póki co nie zapowiada się,że tak będzie, ale przecież liczy się nadzieja i miłość:)
    A jak podnosi na duchu to co złego w takiej nadziei?:)
    W każdym razie, dziękuję Ci za tego posta i pozdrawiam roślinnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. hmmm... też wracam co tego posta jak jest mi bardzo źle. Cały czas mam w sobie żal, czuję się poraniona. Ale w końcu będzie lepiej, musi być.
    Na co dzień bardziej brakuje mi najlepszego przyjaciela jakiego miałam niż faceta, ale jak to mówi moja kumpela "what to do?". Najgorsze jest to, że teraz staliśmy się dla siebie obcymi ludźmi. Nic już o sobie nie wiemy. Czekam na nowy rok, wiosnę i słońce. I przeżyję i wytrzymam to wszystko, bo jak twierdzi moja starsza siostra w mojej rodzinie kobiety są baaardzo silne.

    Życzę Ci siły w najbliższym roku. Również pozdrawiam! 3maj się ciepło!

    OdpowiedzUsuń