piątek, 31 grudnia 2010

"Girls Just Want To Have Fun" i noworoczne postanowienia!!!

Noworoczne postanowienia kojarzą mi się z lekcjami angielskiego, kiedy "wspaniałomyślni" nauczyciele kazali nam je pisać dla podszkolenia języka. Nigdy jednak nie stawiałam sobie żadnych postanowień wraz ze zmianą daty w kalendarzu. Już jako dziecko miałam świadomość, że zmiany trzeba wprowadzać od razu i że zawsze jest dobry moment, aby coś postanowić i zmienić w swoim życiu. Tym razem na zamiany natchnęło mnie właśnie z końcem tego parszywego roku. I nie pozostaje mi nic innego, jak z początkiem 2011 wprowadzić je w życie. 

Zacznę od tego, że pomimo tego, że w tym roku dostałam od losu po głowie ( owszem sama się nadstawiałam, ale potraktował mnie trochę za surowo, wydaje mi  się), to jednak widzę jakieś pozytywy. Kilka fajnych wyjazdów, akcji, koncertów i nowych znajomości. To, że jesteśmy zdrowi i silni oraz to, że na uczelni wszystko się ładnie układa, a to oznacza, że może jednak zostanę tym lekarzem i będę codziennie przez kilkanaście godzin pomagać ludziom, a więc niewątpliwie to jest ekstra. Poza tym pozytywem tego roku jest też pewna mała dziewczynka, która przyszła na świat 4 miesiące temu. Co jeszcze? Jest kilka, ale to już T.A.J.E.M.N.I.C.A. ;)
O negatywnych stronach roku 2010 już pisać nie będę, nie chce mi się.

Ale skupmy się na przyszłości... 
Od nowego roku zaczynam totalny DETOKS UMYSŁU. Bezlitośnie wyrzucę ze swojego życia wszystko, co toksyczne, co obniża jakość mojego życia, co sprawia, że jestem smutna, zdołowana i nic mi się nie chce. Kolejny rok będzie moim rokiem. Będę sama o sobie stanowić, będę się rozwijać, poznawać nowe miejsca i ludzi. Będę też uczyć się czegoś bardzo ważnego, akceptacji swoich ograniczeń. Tego, że nie muszę być najlepsza, najmądrzejsza, najładniejsza, najfajniejsza, najsilniejsza, że nikt tego ode mnie nie oczekuje. Nauczę się cieszyć z tego jaka jestem. Będę  nad sobą pracować, ale nie będę się tak surowo oceniać.Zadbam o swój rozwój intelektualny i fizyczny. Zacznę ćwiczyć ciało i umysł i wiecie co, zrobię to dla siebie, bo ten rok będzie MOIM ROKIEM. W tym roku się nie zakocham, bo najgorsze, rzeczy w moim życiu zawsze dzieją się z miłości. Moja frustracja, że nie jestem wystarczająca fajna, mądra, ładna, żeby mój chłopak mnie kochał. Zawsze gorsza od jego fantastycznych przyjaciółek, koleżanek, byłych dziewczyn. Nie zamierzam się znowu tak czuć. Dlatego też całe  niezmierzone pokłady miłości jakie mam w sobie będę pielęgnować, ale przeleję je na świat wokół. Będę pielęgnować przyjaźnie, które tyle wnoszą w moje życie. Jestem pewna, że w tym roku znajdę w sobie siłę, o której nawet nie miałam bladego pojęcia. Dzięki temu stanę się aktywna i będę działać, pomagać, zmieniać wszystko co złe na to dobre. Będę dążyła do szczęścia przez samorozwój i dobrą zabawę. Życie jest kruche i ciągle nas zaskakuje, dlatego będę cieszyć się każdą chwilą. I wiecie, co BĘDĘ SZCZĘŚLIWA na przekór wszystkiemu i wszystkim. I mam nadzieję, że taką postawą zarażę innych weganizmem. :)


happy go lucky!!

Viva la punk, anarchy !!!

Na koniec piosenka na dzisiejszy wieczór i cały kolejny rok! Będzie dobrze, bez kitu! :)

wtorek, 28 grudnia 2010

Carry z tofu z makaronem soba.

"Es ist schön, dich zu sehen, Sis, hab dich vermisst 
Ich hab fast vergessen, wie ich mag, wie du bist (...)


Schön, dass du wieder da bist
Wir haben uns lang nicht mehr gesehen(...)"


Na Święta z U.K przyleciała moja starsza Siostra. Rzadko spotykamy się w komplecie. Cztery siostry różne jak cztery strony świata, razem tworzą całość. Zanim pojechałam na lotnisko, przygotowałam obiad. Curry z tofu i warzyw. Najprzyjemniej gotuje się dla najbliższych.  Tego jestem pewna. I tak sobie siedzimy w rodzinnym domu i gadamy, gadamy i gadamy. Wygadać się nie można. 


Składniki:
  • 450 g tofu
  • jeden por
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 małe cukinie
  • 1 strąk czerwonej papryki
  • 1 łyżeczka czerwonej pasty curry
  • po 2 łyżki sosu sojowego jasnego i ciemnego
  • sól i pieprz do smaku
Tofu kroimy w kostkę i obtaczamy w curry, solimy i pieprzymy. Na patelni o grubym dnie rozgrzewamy oliwę, wrzucamy tofu i smażymy, obracając kostki, aby się równomiernie usmażyły. ( trochę to mozolne ;)). Następnie dodajemy posiekany por i czosnek. Smażymy razem przez chwilę. Paprykę kroimy w paski, cukinię w krążki i wrzucamy na patelnię. Smażymy mieszając dokładnie przez 5 minut. Następnie wlewamy oba sosy sojowe. Dusimy, mieszając co jakiś czas, do chwili gdy warzywa zmiękną. Doprawiamy solą i pieprzem, jeżeli jest taka potrzeba i podajemy z makaronem soba. Posypać natką pietruszki. Smacznego!

czwartek, 23 grudnia 2010

Kruche ciasteczka cynamonowe z żurawiną!!

Na moim blogu w tym miesiącu zrobiło się ciasteczkowo jak nigdy. Przed wyjazdem do domu na święta postanowiłam trochę poeksperymentować, tym bardziej, że lewa półkula mojego mózgu zaczęła odmawiać współpracy:). Kolejna propozycja po ciastkach cytrynowych, kokosowych i piernikach to ciastka cynamonowe z żurawiną. Podoba mi się to, że nie są one takie słodkie jak pierniki. Jeżeli ktoś woli słodszą wersje to proponuję posypać je cukrem pudrem lub polukrować. I git! 
Składniki:
  • 3 szklanki mąki
  • szczypta soli
  • 1 i 1/2 łyżeczka cynamonu
  • 150 g wegańskiej margaryny
  • 3/4 cukru pudru trzcinowego
  • 1/4 szklanki oleju
  • 1/4  szklanki ciepłej wody
  • paczka suszonych żurawin
Margarynę utrzeć z olejem, wodą, cukrem. Następnie dodać cynamon i sól. Stopniowo wsypywać mąkę. Pod koniec wsypać żurawiny i ugnieść ciasto. Włożyć je na 0,5 godziny do lodówki. Stolnicę/blat przyprószyć mąkę. Rozwałkować ciasto i wycinać dowolne kształty. Piec w temp. 180 st. C przez ok 12-15 minut, na złoty kolor. :) 


Czasami prześladują mnie piosenki, ostatnio jest to ta poniżej. Dlatego teraz ja Was nią pomęczę! HA! a co tam :)

środa, 22 grudnia 2010

Sernik z tofu!!! TOFURNIK :P

Był taki czas w moim życiu, że tym co najbardziej na mnie działało była muzyka. Kapele punkowe, których teksty mocno dawały mi po mojej młodziutkiej główce. Kapele, takie jak Złodzieje Rowerów, Apatia czy Regres pewnie w nie małym stopniu sprawiły, że jestem teraz tutaj, robię różne fajne rzeczy dla innym i dla siebie i że chcę zawsze taka pozostać. Wiadomo "young till I die", nawet jak czuję, że trochę dorosłam do pewnych spraw. Ostatnio byłam na pożegnalnym koncercie xZxRx w Wawie. Miło jest posłuchać tych wszystkich kapel na żywo, spotkać znajomych, pogadać, pośmiać się i w ogóle. Najważniejsze jest jednak to co mamy w głowach. I to, że te ideały, o których mówią teksty tych kapel, są w naszym życiu rzeczywiście i niezmiennie są obecne, w czynach i gestach, a nie tylko w pustych słowach... Naiwnie jest wierzyć, że tak własnie jest...? 

Na koncert jechałam w koleżankami. "Przywra" mknęła przez autostradę :) Zrobiłam tofurnik na wzór sernika, który robi moja mama. Do Wawy nie dojechało już za dużo :) 

Ciasto:
  • 2 szklanki mąki
  • 1/2 szklanki kakao
  • 3/4 szklanki miałkiego cukru trzcinowego
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 1 opakowanie cukru waniliowego
  • 2 łyżki mleka kokosowego
  • ok 12 łyżek zimnego mleka sojowego
  • 1/4- 1/3 szklanki oleju rzepakowego
Z podanych składników zagnieść gładkie ciasto. Włożyć je do lodówki na minimum 0,5 godziny.

Masa z tofu ( przepis na sernik od Agaty z I love tofu!)


  • 500 g naturalnego tofu
  • 1/3 szkl. cukru pudru trzcinowego 
  • 1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią
  • 1 aromat waniliowy
  • sok z 1 cytryny
  • 1/2 szkl. mleka roślinnego 
  • 1/3 szkl. oleju
  • 2 budynie waniliowe
  • 2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej


  • Tofu położyć na talerzu, postawić na nim drugi talerz i obciążyć je jakimiś ciężkimi książkami ( ja użyłam "Patologi" Robbinsa :) ).Po kilkunastu minutach, kiedy zbędna woda wyjdzie, tofu pokruszyć w misce, dodać cukier, aromat i sok z cytryny . Zmiksować na gładką masę, stopniowo dodając mleko i olej. Na sam koniec wsypać budynie, skórkę pomarańczową i wymieszać. 

    Z lodówki wyciągamy ciasto. Mniej więcej 2/3 części trzemy na tarce o grubych oczkach na dno foremki. Następnie wylewamy na ciasto masę z tofu. Pozostałe ciasto trzemy, tak aby możliwie najbardziej równomiernie przykryła masę "serową" . Piekarnik nagrzewamy do 160 st.C i pieczemy ok. 50-60 minut. 


    Soundtrack : Złodzieje Rowerów - dyskografia . 

    "Czy aby na pewno jest tak jak mówicie, bo oczy patrzą i widzą co innego, każde słowo nie poparte życiem bardzo łatwo jest wychwycić. Radykalna muzyka, radykalne teksty - to dobrze, gdy za tym stoją czyny, lecz śmieszne i jałowe, kiedy słowo jest tylko słowem. ŚMIESZNE i JAŁOWE!!! Łatwo krzyczeć, śpiewać i wymagać. Jakże ciężko jest dać coś w zamian. W miejsce opluwanych prawd, jakże ciężko jest wstawić te lepsze i nowe. Bo śmieszne i jałowe, kiedy słowo jest tylko słowem. ŚMIESZNE I JAŁOWE."

    wtorek, 21 grudnia 2010

    Kokosowe ciasteczka z czekoladą

    Przepis na poniższe ciasteczka dostałam kiedyś ( dawno, dawno temu) od znajomej. Nigdy go nie zrealizowałam i niedawno, kiedy przeglądałam stare książki, wpadł mi w ręce. Jestem maniaczką kokosu, wiec lekko zmodyfikowałam przepis na wegański i wyszły bardzo smaczne ciasteczka. Mam ferie, więc chodzę po domu w piżamie, czytam książkę, słucham muzyki i obmyślam niecne plany. Cieszę się, że nie muszę nigdzie wychodzić, mogę zrobić sobie Cafe Latte na drugie śniadanie i przegryźć ciastko kokosowe z czekoladą. Przepis na nie znajdziecie poniżej. Ostatnio jestem strasznym leniem. I dobrze mi z tym.




    Składniki:


    • 1,5 szklanki mąki
    • 1 szklanki cukru trzcinowego
    • 200 g margaryny wegańskiej
    • 1/2 szklanki wiórków kokosowych
    • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
    • 1/2 łyżeczki sody
    • 1 cukier waniliowy
    • 1/2 szklanki wegańskich groszków czekoladowych do pieczenia 
    Margarynę z cukrem i cukrem waniliowym zagnieść w misce na jednolitą masę. Dodać proszek, sodę, wiórki kokosowe i ponownie zagnieść. Stopniowo dodawać mąkę. Na koniec wymieszać z groszkami. Powinno powstać gładkie ciasto. Uformować niego dwa wałki o średnicy  ok. 4-5 cm, włożyć je do lodówki na minimum pół godziny. Pokroić następnie w cienkie plasterki. Piec w nagrzanym do 180st. C, 10-12 min na złoty kolor. 


    Soundtrack: Juggling Jugulars - "Propaganda Immunity" 

    czwartek, 16 grudnia 2010

    Wegańskie pierniczki 2010 :)


    Rok temu prezentowałam na blogu "zweganizowaną" wersję pierniczków mojej Babci. W tym roku oczywiście je piekłam, ale pokusiłam się o nieco inny przepis. Jeżeli chodzi o wegańską margarynę to ja, jak zwykle sięgnęłam po Alsan, ale możecie wybrać inną. Pierniki są bardzo smaczne i przede wszystkim proste.  Szczerze mówiąc strasznie leniwa jestem ostatnio i pieczenie rozwlekało się przez cały tydzień, ale dziś wreszcie skończyłam. Pierniczki w puszkach i pudełkach poczekają na Święta. Też czekam, bo jak nie będę miała kilku dni odpoczynku to zwariuję. Przysięgam. 



    Składniki:
    • 500 g mąki pszennej
    • 200 g cukru trzcinowego
    • 100 g syropu klonowego
    • 150 g wegańskiej margaryny
    • 80 ml wody
    • 1 opakowanie przyprawy korzennej
    • 1 łyżeczka cynamonu
    • 1/2 łyżeczki imbiru
    • 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
    • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia 
    Do rondelka wlać wodę i syrop klonowy, dodać cukier kryształ, cukier trzcinowy oraz margarynę. Rozpuścić na małym ogniu od czasu do czasu mieszając. Po rozpuszczeniu składników do masy dodać przyprawy i sodę. Wystudzić. Stopniowo dodawać do mąki. Początkowo mieszać, a później ugniatać ciasto. Kiedy będzie gładkie i nie lepiące włożyć je do lodówki na min. godzinę. U mnie leżało w sumie kilka dni. Ciasto ugniatać, rozwałkować i wycinać dowolne kształty.  Piec w 180 st. C ok. 8 minut.







    Gotowe!!



    poniedziałek, 13 grudnia 2010

    Rozgrzewająca zupa na paskudny dzień

    Lubię czasami takie dni, kiedy mogę się zaszyć w malutkiej kuchni mojego poznańskiego mieszkanka. Sama. Włączam muzykę, bo bez niej nic nie wyjdzie i zaczynam eksperymentować. Mieszam, dodaję, realizuję pomysły, które przychodzą mi do głowy dosłownie wszędzie. W szkole, na ulicy, nawet na zajęciach klinicznych, w domu podczas nauki,przy komputerze, podczas kąpieli, kiedy czytam książkę, jadę rowerem, osłuchuję serce, kupuję warzywa na rynku, spaceruję, buszuję po lumpeksie. Dosłownie wszędzie. Od pewnego czasu noszę ze sobą zeszyt.Zielony. Taki od wszystkiego i notuję w nim myśli plączące się po głowie, łącznie z pomysłami kulinarnymi. Nie chcę, żeby mi coś uleciało. Najgorzej było kiedy pozowałam na ASP i przez 45 minut musiałam usiedzieć z pomysłem w głowie, nie mogąc go od razu zanotować. Coś ta szkoła ma w sobie, bo w czasie pracy tam, stałam się bardzo twórcza kulinarnie :).
    Ale wracając do gotowania w samotności. Lubię je, pomimo całego swojego ekstrawertyzmu. Z ludźmi spędzam mnóstwo czasu, lubię też z nimi gotować, ale kiedy zaczynam tworzyć i eksperymentować jedyne czego mi potrzeba to kuchnia i muzyka. Gotuję, mieszam, kroję i doprawiam niemal w transie, jak wiedźma. Bez kitu, trochę się tak czuje. Takie gotowanie jest też terapeutyczne. Mogę sobie przy nim pośpiewać czy przemyśleć kilka spraw, które mnie trapią. Czasami wymyślam coś innego, co nie wiąże się z gotowaniem, a co chciałabym koniecznie zrobić. Tak tworzy się łańcuch zależności różnych elementów mojego życia.

    Zupy i burgery różnej maści to teraz, w roku akademickim moje dania nr 1. Burgery łatwo zabrać z bułce do szkoły, a zupy z kolei idealnie się odgrzewa, tym bardziej, że wracamy do domu o bardzo różnych porach. Moje zimowe jedzenie różni się od tego letniego. Jem więcej strączkowców, mniej świeżych warzyw, bo uważam, że lepiej użyć przecieru pomidorowego niż naszpikowanego chemią świeżego pomidora. ( oczywiście inna spraw, gdy mam pomidory z dumpster diving'u). Staram się też, aby było bardziej tłuste. Ma być smacznie, pożywnie, zdrowo i rozgrzewająco, ale przede wszystkim prosto. Przepis na poniższą zupę  przyszedł mi do głowy gdzieś na ulicy i podejrzewam, że wynikał z marzeń o misce czegoś ciepłego :). Zaszyłam się w kuchni, włączyłam muzykę i zrealizowałam pomysł. Zresztą całkiem dobry.:)

    Składniki:

    • 3łyżki oleju
    • 1 czerwona cebula pokrojona w kosteczkę
    • 1 szklanka czerwonej soczewicy
    • 1 łyżeczka czerwonej pasty curry
    • 1 łyżeczka mielonego imbiru
    • 1 łyżeczka czarnuszki
    • 2 łyżki suszonej włoszczyzny
    • 2 liście laurowe
    • 2 łyżki ciemnego sosu sojowego
    • 2 łyżki jasnego sosu sojowego
    • 1  łyżeczka soli
    • pieprz  i sól do smaku do smaku (opcja)
    • szklanka pure z dyni (mam zapasy mrożonego, ale może być też ze słoika)
    • puszka mleka kokosowego
    • natka pietruszki
    Oliwę rozgrzewamy w garnku. Wsypujemy imbir, czarnuszkę i liście laurowe. Mieszamy i czekamy, aż przyprawy zaczną pachnieć. Wsypujemy pokrojoną w kostkę cebulę. Mieszamy. Następnie dodajemy soczewicę,włoszczyznę i pastę curry. Chwilę razem podsmażamy, dodajemy pure z dyni i 4-5 szklanek wrzątku, przyprawiamy solą i sosami sojowymi.  Gotujemy przez jakieś 15 minut, do czasu aż soczewica zmięknie. Na koniec wlewamy mleko kokosowe i gotujemy jeszcze 5 minut. Ewentualnie doprawiamy do smaku. Podajemy z  pietruszką. 

    Smaczne, pożywne i rozgrzewające. 


    Soundtrack: Dead Vows - "Bad blood", czyli hc/punk z zimnej Szwecji 

    czwartek, 9 grudnia 2010

    Wegańskie burgery dla zapracowanych!!!


    Poniższe kotlety można zrobić na przykład wtedy, gdy w lodówce zalega ryż z poprzedniego dnia. Są szybkie i tanie. Taki mały prztyczek w nos, dla tych, którzy myślą, że zarywam noce gotując, a w dodatku wydaję na nie krocie. Kuchnia wegańska naprawdę nie jest skomplikowana. Można jej się w mig nauczyć, a przy odrobinie pomysłowości i doświadczenia jest najprostszą kuchnią świata. Taki kotlet daje nam wbrew pozorom dużo kulinarnych możliwości. Można go zjeść w bułce lub w picie, jako burgera. Można też wybrać bardziej tradycyjny wariant i podać go z kaszą, ryżem, ziemniakami lub frytkami wraz z bukietem ulubionych warzyw, surówek i sałatek. Co jeszcze można zrobić? Przygotować sos, grzybowy lub pomidorowy i polać nim burgery. Możliwości są, trzeba tylko chcieć. Go Vegan!!!


    Składniki ( na 6 kotletów):
    • 1,5 szklanki ugotowanego wcześniej brązowego ryżu
    • 1 marchewka, strata na tarce o drobnych oczkach
    • 1/3 cebuli, pokrojonej w kostkę
    • 2 ząbki czosnku
    • 1/2 łyżeczki soli ziołowej
    • 1 łyżeczka słodkiej papryki
    • 1 łyżeczka tandoori masala
    • 1 łyżeczka majeranku
    • pieprz do smaku
    • 3 łyżki oleju
    • 2 łyżki siemienia lnianego
    • 2 łyżki ziaren słonecznika
    • 2 łyżki mąki z ciecierzycy
    Wszystkie składniki poza ziarnami wrzucamy do blendera, mieląc i mieszając dokładnie. Na końcu łączymy z ziarnami i formujemy małe kotlety, które smażymy na rozgrzanej oliwie z obu stron do czasu, aż się zarumienią. Podajemy z ulubionymi dodatkami. Smacznego!!


    A na koniec moja ostatnia muzyczna zajawka!!! :)


    born to be wild

    Nie wytrzymam! Muszę się uczyć i pewnie spędzę nad podręcznikiem całą noc, ale nie będę sobą jeżeli nie pokażę Wam, co też mi wyczarował na prawej łydce pewien młody, zdolny tatuażysta :). Swoją drogą, wymyślił też nową specjalizację w medycynie. :P





    c
    Na zdjęciu Sosenka. Niezwykły pluszak!

    Miłej nocy i udanego czwartku!

    poniedziałek, 6 grudnia 2010

    Ciastka cytrynowe i zaszywanie ran.


    Wczoraj późnym wieczorem wracałam z koncertu, a że straszna ze mnie gapa, zapomniałam, że nie mam biletu i nie było w pobliżu miejsca, gdzie mogłabym go nabyć, postanowiłam się przejść. Choćby dlatego, że lepiej się śpi po spacerze, a poza tym można wtedy trochę pomyśleć...Z nieba sypał śnieg, pokrywając miasto białym puchem. Nawet nie irytowałam się tym, jak nie znoszę zimy, i tym że jestem w adidasach, ale cieszyłam oczy wirującymi wokół płatkami śniegu. Śnieg przykrył wszystko, co szare, bure i miasto wydawało się jakieś zaczarowane. Bez kitu. Poza tym, pomyślałam sobie, że ten śnieg zacznie się w końcu topić, wzrośnie temperatura i to chyba będzie moment, kiedy wyjdą z ziemi krokusy.
    Myślałam sobie o perypetiach sercowych w całym swoim życiu. Mam trochę pecha, jeżeli o to chodzi. Skłonność do trafiania na facetów, którzy kochają mnie tak, że nie dają mi żyć, osaczają i wypełniają każdą przestrzeń mojego życia, a ja czuję się jak w klatce, i choć złotej to jednak klatce i nie marze o niczym innym, jak o ucieczce. Drugi scenariusz jest taki, że kochają mnie... za mało. Tylko trochę i wybiórczo. Zarówno Ci pierwsi, jak i drudzy nie akceptują mnie taką jaka jestem. Zakochują się nie we mnie,ale w swoim wyobrażeniu na mój temat. A ja nie jestem jakąś wyimaginowaną postacią, ale realną osobą. Mam ogromne wady, duże problemy i trudny charakter. Przegrywam, gdy rzeczywistość konfrontuje się z marzeniami.

    Tym wpisem kończę wywody na temat swoich sercowych problemów. Nie, nie zniknęły one nagle, ale z tym jest tak, że pisząc o tym, dokonuję jakby operacji na otwartym sercu. A teraz czas ją zakończyć, zaszyć ranę i pozwolić jej się powoli goić. Jeżeli napisze o tym jeszcze choć słowo, to tak, jakbym jej nie zaszyła, tylko zostawiła serce na wierzchu, narażając je na jeszcze większe problemy. Nie pozostaje mi nic innego, jak opatrzyć ranę i doglądać jak się goi, opiekować się nią, aby pozostawiła możliwie najmniejsze blizny.

    Jednocześnie zaznaczam, że nie przestanę pisać o sobie i swoich emocjach, problemach, radościach i perypetiach, ponieważ ten blog ma już taką stylistykę, że nie jest tylko brulionem z wegańskimi przepisami, ani poradnikiem dla wegan. Jest opowieścią o dziewczynie, która choć chuda, drobna, malutka, wrażliwa i płaczliwa, jest też całkiem silna i zadziorna. Mam w sobie coś z Małej Mi. Bez kitu.

    Teraz jest środek nocy, piszę to pijąc kakao i podjadając resztę ciastek, jakie pozostały mi z akcji Ciasto w miasto, na której jednak się znalazłam i wsparłam swoimi wypiekami.
    Skoro już o ciastkach mowa, to łapcie przepis. Może się przyda, gdy wrócicie w nocy do domu i będziecie chcieli przegryźć coś do kubka kakao.
    Składniki:
    • 3 szklanki mąki pszennej
    • 1 szklanka cukru trzcinowego ( najlepiej zmielonego, żeby był puder)
    • 2 łyżki soku z cytryny
    • skórka starta z jednej cytryny
    • 1 łyżeczka sody
    • 1 kostka ( 250 g) margaryny ( u mnie to tradycyjnie Alsan - thx dla M. )
    • 2 łyżki śmietanki kokosowej ( gęstego mleka kokosowego)
    Margarynę ucieramy z cukrem, dodajemy śmietankę kokosową, sodę, i ubijamy na pulchną masę. Następnie łączymy ze skórką i sokiem z cytryny. Powoli dodajemy mąkę, aż powstanie gładkie ciasto. Wsadzamy je na minimum godzinę do lodówki. Z ciasta formujemy kulki, które spłaszczamy i układamy na wyłożonej papierem pergaminowym blachę. Pieczemy 12-15 minut w temp.180 st. aż się zarumienią.

    Można przygotować lukier z cukru pudru i soku z cytryny i posmarować upieczone ciasteczka. Będą słodsze, a przy tym podkreślimy smak cytryny. :)


    .
    Smacznego!!! Miłego tygodnia życzę.

    Soundtrack: The Fight - "Maladicion" z naciskiem na ... całość. :)

    niedziela, 5 grudnia 2010

    Refleksje z ryżem z bananami w tle...


    Wiem, że ostatnio refleksyjnie się na blogu zrobiło, ale zbliża się koniec roku i mi się zawsze włącza tryb podsumowywania. Niestety w wielu miejscach widzę czarną plamę... Niech ten rok już minie i niech następny przyniesie miłą odmianę...
    Codziennie dokonujemy wyborów. Od totalnie przyziemnych, jak o tym, co zjemy na śniadanie, włożymy na siebie wychodząc z domu, po takie, jak co będziemy robić w najbliższym czasie i w końcu w odległej przyszłości. Wybieramy szkołę, kierunek studiów, pracę, miasto, w którym chcemy żyć. Potem to rzucamy, znowu coś wybieramy, zamieniamy na coś innego. W końcu dobieramy sobie przyjaciół, z którymi spędzamy czas, zmieniamy świat, imprezujemy itd. Zwracamy się do siebie z problemami, dylematami. Jest dobrze. Możemy na siebie liczyć. Ostatecznie wybieramy też osobę, z którą chcemy spędzić resztę życia i której nigdy nie będzie dość.
    Nie zawsze jednak nasze wybory są trafne. Czasami nie zjemy śniadania, założymy ciuch, w którym czujemy się fatalnie, trafimy na złe studia, do nie tego miasta itd. Plany na najbliższy czas nie wychodzą, a te odległe są nie do zrealizowania. Przyjaciele okazują się fałszywi, a osoba, z którą się związaliśmy nie jest właściwą.
    Dlatego podejmując jakąkolwiek decyzję należy wykazać się dużym rozsądkiem i odwagą. Myśleć, nie poddawać się emocjom, zachowywać logikę. Oczywiście wybór złych butów jest niczym w porównaniu ze złym doborem zawodu czy partnera.
    Patrząc na swoje życie dochodzę do wniosku, że potrafię się rozsądnie ubrać, zjeść zdrowo i odżywczo, wybrać fajne studia i otoczyć się dobrymi ludźmi, którzy są dla mnie niczym tarcza chroniąca przed tym, co złe. Kiepsko mi idzie tylko w miłości. Nie potrafię stworzyć szczęśliwego związku. Zamiast słuchać rozumu i intuicji, kieruję się sercem. Do bani. Miłość to syf.
    Muszę jednak zaznaczyć, że w życiu wiele spraw nie zależy od nas, tylko od tego, jakie wybory podjęli za nas inni... Nie mamy na to wpływu i trzeba nauczyć się z tym żyć. oi!

    Jeżeli już wydaje Wam się, że nie macie na nic wypływu, za oknem zima jak na Syberii, a dysponujecie rano chwilą czasu, to chociaż zafundujcie sobie pożywne, ciepłe śniadanie. Moja propozycja to brązowy ryż z bananami. Taki posiłek sprawi, że przez cały dzień będziecie tryskać energią - potrzebną, aby walczyć z przeciwnościami losu. Gwarantuję.



    Składniki:
    • 1 szklanka brązowego ryżu
    • 1,5 szklanki gorącej wody
    • 1,5 szklanki mleka roślinnego
    • 2 łyżki brązowego cukru
    • szczypta soli
    • 2 łyżki oleju
    • 3-4 banany
    • 2 łyżki oliwy
    • 2 łyżki cukru trzcinowego
    • 2 szczypty cynamonu
    • prażone wiórki kokosowe do posypania ( opcja)
    Ryż: ziarna ryżu płuczemy pod bieżącą wodą. W rondlu rozgrzewamy olej i przez chwilę smażymy ryż, mieszając go od czasu do czasu. Zalewamy go gorącą wodą i mlekiem.
    Słodzimy i solimy. Przykrywamy rondel i zostawiamy go na małym ogniu. Ryż jest gotowy po mniej więcej 30-35 minutach.

    Banany: Banany obieramy i kroimy w plasterki. Wrzucamy je na rozgrzany olej i smażymy przez 3-4 minuty mieszając systematycznie. Posypujemy je cukrem, cynamonem i jeszcze przez chwilę razem podsmażamy.

    Na talerzu układamy ryż, na nim banany i całość posypujemy prażonym kokosem!
    Gotowe!

    Smacznego!

    środa, 1 grudnia 2010

    Ciastka francuskie z marcepanem i jabłkami


    Mam milion rzeczy to zrobienia, nauczenia itd., a dopiero co przekroczyłam próg mieszkania, jednak napiszę coś do Was. Nie wiedziałam, że Poznań leży na kole podbiegunowym...? Dlaczego nie uczą o tym na geografii? ;) Nic to, trzeba było uczyć się w LO hiszpańskiego i wybrać sobie inny kraj na studiowanie... Poruszanie po mieście to prawdziwa męka i "z niecierpliwością" czekam na moment, aż do czegoś przymarznę. Kalendarzowa zima się jeszcze nie zaczęła, a ja mam wrażenie, że wiosna nie nadejdzie nigdy. W dodatku zgubiłam na zajęciach komórkę ( telefon a nie np.jajową), a to oznacza, że będę musiała jutro przerwę w zajęciach, zamiast na obiad, przeznaczyć na udanie się do katedry w celach poszukiwawczych. W tej pogodzie nie widzi mi się to w ogóle. W dodatku chyba zmieniam się w Poppy z "Happy go Lucky", bo zamiast się wkurzać, zaczęłam się śmiać z całej sytuacji. Może to dlatego, że ostatnio stykam się z takimi problemami, że możliwość utraty telefonu wydaje się się trywialna i głupotą byłoby zaprzątać sobie głowę taką błahostką. Jedząc przygotowany wcześniej obiad, jedną ręką kroiłam jabłko, marcepan i ciasto francuskie. Piekarnik ogrzał przyjemnie mieszkanie. Zrobiłam ciastka. Na osłodę. Żeby poczuć ulgę, po ciężkim dniu i nabrać energii na dalszą walkę.


    Przepis ściągnęłam od siostry,a ona z jeszcze innego bloga.

    Składniki:
    • opakowanie ciasta francuskiego (sprawdźcie skład, czy aby na pewno wegański)
    • 1 jabłko
    • 50-60 g marcepana
    • 1/2 szklanki cukru pudru
    • 1-2 łyżki soku z cytryny
    Ciasto kroimy na 6-8 prostokątów. Jabłko kroimy na ćwiartki, a potem w paski. Marcepan w podobne paski. Na każdym kawałku ciasta układać naprzemiennie plastry jabłka i marcepana postawione na sztorc. Można też ułożyć jabłka i na nie marcepan. Ja tak zrobiłam.Następnie ciasto złożyć, skleić brzegi i naciąć z wierzchu ostrym nożem. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Piec około 10-15 minut w temp.220 st.

    Z cukru pudru i soku z cytryny przygotować gęsty lukier. Polać ciastka. Podawać ciepłe lub zabrać ze sobą do szkoły lub pracy i zjeść w chwili kryzysu psychofizycznego.
    Rytm nadaje :

    wtorek, 30 listopada 2010

    Ciasto w miasto w Poznaniu!!!


    Serdecznie zapraszam wszystkich, którzy będą tego dnia w Poznaniu do Ekowiarni na ucztę wegańskich słodkości zorganizowaną przez kolektyw VegeOn!

    Spróbujcie weganizmu i przy okazji wspomóżcie słuszną akcję, jaką jest walka z chowem przemysłowym.

    Info na plakacie!

    P.S. Niestety ja nie spotkam się tam z Wami, ale mam nadzieję, że okazji, aby to nadrobić będzie jeszcze dużo!


    Do zobaczenia w każdym razie i nie przegapcie Ciasta w miasto w Poznaniu, bo widziałam listę przygotowywanych smakołyków i uwierzcie mi, będzie w czym wybierać ;)

    czwartek, 25 listopada 2010

    DZIEŃ BEZ FUTRA - CODZIENNIE BEZ FUTRA!!!!



    Czy wiecie co dzisiaj za dzień? DZIEŃ BEZ FUTRA. Pewnie nikogo, kto odwiedza mojego bloga regularnie, a nawet nikogo, kto trafił na niego po raz pierwszy, pewnie nie zaskoczy fakt, że jestem wielką przeciwniczką futer. Dlaczego? Ponieważ noszenie ich jest nieetyczne!!! Jak można ubrać na siebie skórę innego zwierzęcia? Każdy posiada przecież własną. Świat naprawdę oszalał promując modę, która opiera się na cierpieniu innych istot. Hodowanie zwierząt,a potem ich zabijanie jest wyrazem znieczulicy jaka opętała gatunek ludzki. Przecież te wszystkie zwierzaki, z których produkuje się futra odczuwają ból, strach, ale też przywiązanie do siebie nawzajem, zupełnie tak, jak nasze domowe zwierzaki, takie jak psy, koty, chomiki czy szczury itp., z którymi żyjemy za pan brat i futerek których nigdy byśmy na siebie nie założyli. Miarą naszego człowieczeństwa jest to, jak odnosimy się do innych istot żywych, a zakładanie na siebie skór, które nie należą do naszego gatunku jest najzwyczajniej w świecie okrutne. Do mnie argument etyczny przemawia w 100%. Dla wszystkich, którzy mają może jakieś, co do tego wątpliwości, wyjaśnię od razu, że nie noszę również skórzanych butów, torebek, pasków itp. Nie czuję takiej potrzeby, nie jest to dla mnie problem ani większy wysiłek. W dzisiejszych czasach dysponujmy taką ilością dobrych, trwałych materiałów naturalnych i syntetycznych, które jeżeli nie są degradowalne, to mogą po wysłużeniu ulec recyklingowi.
    Niektórzy są zdania, że noszenie futer jest ekologiczne. Nic bardziej mylnego. Już sama hodowla przemysłowa zwierząt futerkowych zagraża środowisku naturalnemu, zanieczyszczając glebę i wodę odchodami,a powietrze oparami. Niejednokrotnie zwierzęta uciekają z hodowli, a zasiedlając pobliskie lasy stanowią zagrożenie dla rodzimych gatunków zwierząt. Może to doprowadzić do zniszczenia, a w każdym razie do znacznego zaburzenia ekosystemu. Nie tylko hodowla jest groźna. Sama produkcja futer jest przesycona chemią, która przenika do środowiska degradując je. Kolejnym problemem natury ekologicznej jest utylizacja. Reasumując: futra nie są ekologiczne!!! Wręcz odwrotnie, degradują środowisko. Jeżeli naprawdę zleży nam na ekologii pomyślmy raczej o włóknach naturalnych, trwałych, przy produkcji których nie cierpi żadna istota, ani środowisko. W Polsce, przy produkcji futer, co roku ginie około 1 mln zwierząt. Zabijane w okrutny sposób poprzez zniszczenie mózgu, złamanie karku, w komorze gazowej lub poprzez włożenie elektrody do odbytu. To wszystko jest zupełnie niepotrzebne. Wystarczy tylko, że w sklepie dokonacie właściwego wyboru - NIE KUPICIE FUTRA! Tak niewiele, a tyle może zmienić. Tylko poprzez masowy bojkot futer możemy doprowadzić do zaprzestania ich produkcji!Przyłącz się do mnie, do nas...



    Zajrzyjcie też tutaj!

    Na koniec teledysk, może komuś on podziała na wyobraźnię...

    "Would You Be Impressed?" By Streetlight Manifesto (Official Music Video)

    poniedziałek, 22 listopada 2010

    Cupcakes podwójnie czekoladowe!

    21 listopada obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Życzliwości. Miło, co? Genezę tego dnia możecie sobie wygooglować, więc nie będę się na ten temat rozpisywać. Życzliwość nie jest niczym innym, jak przyjaznym odnoszeniem się do otoczenia. Myślę, że życzliwie należy zachowywać się nie tylko w stosunku do ludzi wokół, ale też do zwierząt i planety. Wszyscy na to zasługujemy. Dlaczego warto to robić? Bo zarówno ludzie, jak i zwierzaki i Ziemia odpłacą nam tym samym. Traktując świat życzliwie sprawiamy, że innym żyje się lepiej, a jednocześnie wzrasta nasze ego i my zaczynanym czuć się bardziej wartościowi. Jest to zastrzyk pozytywnej energii dla nas i dla innych. Sztuką jest zachować uśmiech na twarzy, gdy ludzie wokół źle nas traktują, czy to w pracy, czy w szkole czy też na ulicy i w sklepie. Jest to możliwe i nawet mi się to zdarza. Nie raz wprawia to niejednego gbura w zakłopotanie. W końcu tak się starał, aby mi zepsuć humor, a ja wybucham śmiechem i obracając wszystko w żart życzę komuś miłego dnia. Jednak nie jestem Poppy z filmu "Happy go lucky" i niestety mi też nerwy niejednokrotnie puszczają. Nie jestem odporna na kąśliwe uwagi i wiele rzeczy biorę do siebie. Nie zawsze udaje mi się przykleić uśmiech do twarzy i powstrzymać deszcz przykrych słów, które cisną mi się na usta. Nawet jeżeli wiem, że życzliwym usposobieniem mogę więcej zdziałać i poczuć się lepiej. W dodatku jak tu skakać z radości i uśmiechać się do ludzi, kiedy wokół ponury listopad.

    Kiedy pomimo całej wiedzy na temat korzyści płynących z bycia życzliwym, jednak kogoś skrzywdzimy, zepsujemy dobry nastrój itp. musimy zmobilizować się i przeprosić. To jest bardzo ważne. W dodatku do tych przeprosin dorzucić wegańską ( wolną od okrucieństwa:)) babeczkę czekoladową z kremem. O magicznym działaniu czekolady jako poprawiacza nastoju pisać chyba nie trzeba,bo każdy przetestował to na sobie:).


    Przepis pochodzi od Vegańskiego Svemira, za co kłaniam mu się nisko :) Chyba po raz pierwszy korzystam z przepisu podanego przez męską część wegańskiej blogosfery, więc jest mi tym bardziej miło. :)

    Przepis na 12 muffinów ( ja zrobiłam podwójną porcję i w dodatku piekłam w malutkich foremkach, więc wyszło mi ich chyba z 80:) ) :
    • 1 szklanka mleka roślinnego
    • 1 łyżka octu
    • 0,5 szklanki cukru trzcinowego
    • 1/3 szklanki oleju rzepakowego
    • łyżeczka aromatu waniliowego
    • 1 szklanka mąka
    • 1/3 szklanki kakao
    • 3/4 łyżeczki sody
    • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
    • szczypta soli
    W jednej misce mieszamy mokre składniki, a w drugiej suche. Następnie stopniowo po łyżce wrzucamy suche do mokrych i mieszamy trzepaczką (można mikserem, ale po co? szkoda prądu - oszczędzanie energii to ekologia!! Poza tym ja już mam całkiem pokaźne bicepsy dzięki ucieraniu ciasta :P). Napowietrzamy ciasto mieszając je w różne strony dość energicznie :). Wychodzi rzadkie, ale bez stresu uda się i tak. Przelewamy je do foremek i pieczemy w 180 st.C. Jeżeli używacie normalnej wielkości foremek to 20 min, jeżeli miniaturek to 10-12 minut.
    Wsio!

    Krem ( tu też podwoiłam proporcję, ze względu na ilość babeczek):
    • 150 g tofu jedwabistego ( można się pogimnastykować i nabyć je nad Wisłą, ale trzeba też sypnąć groszem, bo tanie nie jest. W UK - kostka 350 gramowa kosztuje 1 funt... no comments...)
    • 1/5 szklanki mleka roślinnego
    • 150 g wegańskiej gorzkiej czekolady
    • 2 łyżki syropy z agawy lub innego wegańskiego słodu
    • opcjonalnie syrop np. waniliowy
    Przy pomocy blendera łączymy tofu, mleko i syrop z agawy ( opcjonalnie też syrop smakowy). Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Musimy odczekać kilka minut, aby czekolada nie była taka gorąca i łączymy wszystko razem, wskazane jest użycie blendera. I wsio! Wkładamy go na minimum godzinę do lodówki, a kiedy ładnie stężeje nakładamy szprycą na wystudzone babeczki.
    Krem wychodzi gładki, błyszczący i pyszny! Opcjonalnie możemy jeszcze ozdobić babeczki jakimiś słodkimi pierdołami lub orzechami ( wersja zdrowsza).

    I zapraszam wszystkich do degustacji! Smacznego!

    Cupcakesy gotowe do podróży na Rozbrat :)




    Abstrahując od wszystkiego łapcie zdjęcia moich listopadowych wyczynów :):

    a) tortu, który zrobiłam na urodziny znajomego, który jest weganinem blisko tyle lat ile ja chodzę po tym świecie :P [Cytat z 7 seconds być musi ;)]


    b) pizzy ze spotkania riot girls - takich Małych Mi do kwadratu :)


    Soundtrack: Justice - "A Cross The Universe" z naciskiem na "We are your friends" i "D.A.N.C.E"

    sobota, 20 listopada 2010

    Quinoa z tempehem

    Miało być zupełnie o czymś innym. Chciałam napisać coś o weganizmie, aktywizmie... Kiedyś o tym napiszę, ale nie tym razem. Od pewnego czasu nie mam zbyt dobrego humoru, nie porażam energią, nie bije ode mnie optymizm. Może dlatego, że jest listopad i ciągle pada, jest pochmurno, gazelle nie ma jeszcze założonych błotników, co zmusza mnie czasem do skorzystania z komunikacji miejskiej, której nie znoszę. Może dlatego, że zaczynam zajęcia o 7:30 i kończę z reguły dość późno,bo koło 18:00- 20:00, więc jestem przemęczona i przepracowana. Szukam powodu tego smutku. Kiedy nie ma słońca jest gorzej, to jest pewne. Nie dziwne, że po głowie plączą się przygnębiające myśli. Czuję się taka głupia, bezwartościowa i wybita w ziemię. Najchętniej zaszyłabym się w łóżku i nie wychodziła... Albo zatopiła się w kawiarnianym fotelu pijąc kakao z chilli i cynamonem. Pozwoliła sobie na chwilowy skok endorfin, choć wiem, że ich późniejszy spadek będzie jeszcze bardziej traumatycznym przeżyciem. Wszystko, co było trudne, stało się proste i odwrotnie.
    Najchętniej wrzuciłabym w siebie tonę słodyczy, ale jeść trzeba mądrze. Skoro już zdrowo, to chociaż kolorowo, żeby było choć troszkę lżej.


    Składniki ( na 2 porcje):
    • 1/2 szklanki quinoa
    • 3 czerwone papryki (mniejsze)
    • 1 cebula
    • 2 ząbki czosnku
    • 1 łyżeczka świeżo startego imbiru
    • 1/2 łyżeczki kurkumy
    • 1/2 łyżeczki czarnuszki
    • szczypta świeżego mielonego pieprzu
    • 1,5 szklanki wody
    • 3 łyżki oleju
    • 1/2 kostki smażonego tempeh'u
    • coś zielonego do posypania ( pietruszka, kolendra, koperek)
    Cebulę siekamy w piórka, paprykę kroimy w paski, czosnek siekamy. Na patelni lub w rondlu o grubym dnie rozgrzewamy olej. Szklimy cebulę, dodajemy czosnek i przyprawy ( kurkumę, imbir, czarnuszkę) i smażymy do czasu, aż zaczną uwalniać aromat. Dodajemy paprykę, po chwili wsypujemy quinoa'ę. Smażymy wszystko razem kilka minut mieszając co jakiś czas, a następnie zalewamy wodą i gotujemy pod przykryciem 10-15 minut. Na 5 minut przed końcem gotowania wrzucamy pokrojony w kostkę tempeh.
    Podajemy posypane zieleniną.

    Pysznie i zdrowo :)


    Smacznego!

    Soundtrack: "Intentions - Set The Path"

    wtorek, 16 listopada 2010

    Masełko lniane. Tym razem o zdrowych tłuszczach :)

    O cudownych właściwościach siemienia lnianego można by pisać dużo. Dla mnie najważniejszą jego cechą jest bogactwo wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, jakie zawiera. Nierozważnie prowadzona kuchnia wegańska może nie dostarczać ich w wystarczających ilościach. Takie niebezpieczeństwo pojawia się, gdy nie zjadamy wystarczającej ilości ziaren i orzechów, nie dodajemy olejów do potraw lub też nie zbrataliśmy się z awokado czy tłustym mlekiem kokosowym. Jakoś tak się utarło w niektórych głowach, że tłuszcz jest niezdrowy i należy go unikać. To, co niezdrowe w tłuszczach wraz z przejściem na weganizm praktycznie znika. Jako weganka ( wyłączając ten nieszczęsny smalec, który ostatnio zrobiłam oraz margarynę w kremie do tortu from time to time) praktycznie serwują sobie same "dobre" dla mojego organizmu tłuszcze. Pochodzą one między innymi z pestek słonecznika, dyni, sezamu, siemienia lnianego,rozmaitych orzechów, awokado, mleka kokosowego i w pewnym stopniu ze strączkowców. O ile do pieczenia używam najtańszego zwykłego oleju rzepakowego, o tyle do smażenia, zup i sałatek dodaję oleje najwyższej jakości.

    No dobrze, ale ja tak piszę i piszę, ale po co nam właściwie te tłuszcze? Wchodzą one w skład błon komórkowych, tworzą mielinę, dzięki czemu mają niebagatelny wpływ na rozwój i prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego. Występują w siatkówce, co istotne jest dla zdrowia naszych oczu. Wielonienasycone tłuszcze roślinne skutecznie obniżają poziom cholesterolu we krwi, przez co zmniejszają zapadalność na chorobę wieńcową. Oczywiście cholesterol jest też potrzebny, gdyby tak nie było nasz organizm nie wytwarzałby go. Wykorzystuje go do produkcji hormonów płciowych, hormonów nadnerczy, witaminy D, oraz żółci niezbędnej do trawienia lipidów. Tłuszcze są nam niezbędne do przyswojenia witamin rozpuszczalnych w tłuszczach ( A,D,E,K). Poza tym tworzą warstwę izolacyjną w naszym organizmie. Mam nadzieję, że ta garstka informacji przekonała was do tego, żeby nie eliminować tłuszczu z diety wegańskiej, która już z złażenia jest dietą nisko-tłuszczową. Szczególną troską należy otoczyć dzieci, które mają większe niż dorośli zapotrzebowanie na ten składnik ze względu na intensywny rozwój.

    Masełko lniane ( najlepiej zjeść je w ciągu 10 dni, później stopniowo traci wartości odżywcze)


    Składniki:
    • 1 szklanka siemienia lnianego
    • 10-12 łyżek oleju z pestek winogron
    • sól do smaku
    Siemię zmielić w blenderze lub młynku do kawy. W miseczce wymieszać je z olejem i posolić. Trzymać w szczelnie zamkniętym pojemniku w lodówce.


    Soundtrack: Betercore - "Youth Crust Discography"

    sobota, 13 listopada 2010

    Smalec wegański? W poszukiwaniu idealnego. Z dedykacją dla Justyny!

    Staram się odżywiać zdrowo. Unikam śmieciowego jedzenia, czyli chipsy, frytki, napoje gazowane czy różnego rodzaju naszpikowane chemią gotowce nie mają u mnie żadnych szans. Ale z drugiej strony nie popadam w paranoję. Mając ochotę na coś "niezdrowego" zawsze mogę wybrnąć z sytuacji - burgerem warzywnym w pełnoziarnistej bułce, domowymi frytkami czy domowym bounty autorstwa mojej siostry i współlokatorki jednocześnie. Smalec nie jest czymś na co miewam ochotę,ale... No własnie... Pewnego jesiennego wieczoru znalazłam się z moją kumpelą Justyną w pobliżu dyskontu Aldi. Sklep ten kojarzył mi się z lipcem sprzed chyba 5 lat, kiedy to siedziałam calutki miesiąc w Niemczech, w Bambergu, gdzie moja starsza siostra była erazmuską. Justynie z kolei z jej wyjazdem na Erazmusa do Hiszpanii. Zmuszone przez nieprzyjemna pogodę, oczekując na pewien młody poznański sXe zespół, postanowiłyśmy zajrzeć do środka.
    Znalazłyśmy 1 kg kostkę białego tłuszczu roślinnego, wiecie, takiego a la planta. ( planta nie jest wegańska!!!! Tak, tak w weganizmie nie chodzi tylko o skład, ale o to, kto dany produkt produkuje, a tak się składa, że większość wielkich korporacji w testach na zwierzętach się lubuje:(). Postanowiłyśmy nabyć to niezdrowe paskudztwo w celu wykonania samodzielnie smalcu wegańskiego. Zabrałam do domu swoją połówkę. Podzieliłam ją. Z pierwszej części już następnego wieczoru smażyłam wegański smalec. Z przepisu z puszka.pl. Zachwycona nie byłam. Drugie podejście okazało się trafione w 100 %. Smalec jest idealny. Zrobiłam go na bazie pasty słonecznikowej z "Przemytników" zmieniając to i owo. Wyszło!!!! Co do zdrowotnych aspektów... ? Smalec jest niezdrowy z założenia, wiec macham na to ręką. Raz na jakiś czas można, nawet jeśli się wie, ile szkód w naszym organizmie taki tłuszcz wyrządza... Ech... czasami żałuję, że tyle wiem ;P


    Skłandniki:
    • 1/2 szklanki ziaren słonecznika
    • 250 g białego utwardzonego tłuszczu roślinnego
    • 1 jabłko
    • 1 cebula
    • 1 łyżka słodkiej papryki
    • 1 łyżka płatków ze słodkiej papryki
    • 1/4 łyżeczki ostrej papryki lub pieprzu cayenne
    • 3 łyżeczki majeranku
    • sól i pieprz do smaku
    Na patelni roztapiamy tłuszcz. Wsypujemy do niego ziarna słonecznika. Gdy się zarumienią dodajemy do nich drobno posiekaną cebulkę, która zeszkli się po kilku minutach. Następnie wsypujemy pokrojone w kostkę jabłko, papryki, majeranek, sól oraz pieprz. Wszystko dokładnie mieszamy. Dusimy razem przez kilka minut. Wlewamy do odpornego na temperaturę naczynia. Odstawiamy do przestygnięcia!! Gotowe!!! Smacznego!


    Soundtrack: "The Knife - Deep Cuts"

    poniedziałek, 8 listopada 2010

    Vegan burgery z quinoa i czerwonej fasoli!

    Zastanawialiście się kiedyś, co byście zrobili otrzymując drugie życie? Albo jakich błędów byście uniknęli, gdyby ktoś podarował Wam drugą szansę? Mi się zdarzyło nad tym rozmyślać, a jest to strata czasu i energii, ponieważ nie dostaniemy drugiego życia. Druga szansa zdarza się rzadko. Błędy jakie popełniamy czynią z nas pełnowartościowych ludzi. Pozwalają nam poznać samych siebie. Życie toczy się tu i teraz. Popełniacie błędy? Ja też. Fajnie jest móc je naprawić, ale ważniejsze jest wyciągnięcie wniosków i nie popełnianie ich już nigdy więcej. Oi!

    Pyszne burgery z quinoa miałam okazję zjeść w minione lato w Barcelonie. Wspomnienie tego czasu sprawia, że robi mi się jeszcze zimniej i smutniej, bo to już za mną... Były to niewątpliwie najlepsze wegańskie burgery jakie w życiu jadłam, więc chyba nikogo nie dziwi, ze podejmuję próby podrobienia tego zacnego przepisu i odnalezienie smaku z wakacji. Tym razem jeszcze się nie udało, ale wyszły mi bardzo dobre kotlety, które może nawet nie mogłyby z tamtymi konkurować, ale ja jestem zadowolona. O swoich kolejnych wysiłkach burgerowych będę na bieżąco informować, a tym czasem zapraszam wszystkich do skosztowania tychże.


    Składniki ( ok.8-10 burgerów)
    • 2 puszki czerwonej fasolki, odsączonej i przepłukanej
    • 2 szklanki ugotowanej quinoa ( 0,5 szklanki suchej kaszy na 1 szklankę wody)
    • 1 mała czerwona papryka, upieczona i obrana ze skórki, pokrojona w koszteczkę
    • 1/2 szklanki mąki z cieciorki
    • 4 pokrojone w kostkę suszone pomidory z zalewy
    • 1 łyżka zmielonego siemienia lnianego rozprowadzonego w 3 łyżkach ciepłej wody
    • 2-3 ząbki czosnku
    • natka pietruszki
    • 1 łyżeczka asefetidy
    • sól
    • pieprz, świeżo mielony
    Fasolkę zgnieść blenderem, nie musi być dokładnie, jeżeli pojedyncze fasolki pozostaną w całości to nic nie szkodzi. Dodać ugotowaną quinoa, mąkę, siemię i pozostałe składniki. Bardzo dokładnie je wymieszać. Sprawdzić smak i ewentualnie jeszcze doprawić. Formować kotlety pożądanej przez siebie wielkości i smażyć je z obu stron do czasu, aż się zarumienią.
    Można jeść je do klasycznego obiadu ( ziemniaki+ surówka + kotlet), ale ja preferuję w bułce z wegańskim sosem czosnkowym i warzywami.

    Smcznego!!!

    Soundtrack: cap'n jazz "Analphabetapolothology" z naciskiem na "Forget Who We Are"

    i can't stand standing here like this and i can't take taking any of this talk serious.
    i can't stand standing here like this and i can't take taking any of your talk serious.
    swimming eyes and spitting whys splitting ties we realize.
    missed kisses blown through blue night air. walking you home with a bottle of boones between us.
    we're trying so hard to forget who we are.

    sobota, 6 listopada 2010

    Muffinki dyniowe z kaszą jaglaną. You can take my heart...

    Odkąd wyposażyłam swoją kuchnię w foremki do muffinów w kształcie serc, używam ich przy każdej możliwej okazji. :) 


    Przepis na poniższe muffiny znalazłam u Komarki. Oczywiście pomysł takiego wykorzystania mojej ukochanej kaszy jaglanej wydał mi się tak fantastyczny, że niemal od razu obmyśliłam, jak zwykłą recepturę przechrzcić na wegańską. Wyszły mi za pierwszym razem. Są ekstra! Kasza, która rzeczywiście nabiera orzechowego aromatu jest chrupiąca, a takie muffinki można jeść i jeść i jeść... Polecam!!


    Składniki:
    • 1/2 szklanki kaszy jaglanej
    • 1 szklanka dyniowego pure
    • 1 szklanka mleka sojowego
    • 1 łyżka soku z cytryny
    • 1 łyżka octu balsamicznego
    • 5 łyżek oleju
    • 1/3 szklanki cukru trzcinowego
    • 1/3 szklanki dark muscovado
    • 1 szklanka mąki pszennej białej
    • 1 szklanka mąki pszennej razowej
    • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
    • 0,5 łyżeczki sody
    • 1/2 łyżeczki cynamonu
    • 1/4 łyżeczki zmielonej gałki muszkatołowej
    • 1/4 łyżeczki zmielonych goździków
    Kaszę opiekamy przez 10 minut w piekarniku nagrzanym do temperatury 200 st.C mieszając co jakiś czas, ażeby się równo uprażył.
    Mleko sojowe mieszamy z sokiem z cytryny i octem i odstawiamy na 10 minut. Po tym czasie dodajemy pure z dyni i olej. Mieszamy mikserem. Wsypujemy jeden i drugi cukier i ponownie miksujemy. Na koniec dodajemy mąki wymieszane z proszkiem do pieczenia, sodą i przyprawami. Dodajemy uprażoną kaszę jaglaną i dokładnie mieszamy, ażeby składniki dobrze się ze sobą połączyły. Przelewamy do 12 foremek na muffinki i pieczemy przez 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 st.C.




    Soundtrack: Ida Maria - Fortress Round My Heart -z naciskiem na: "Where Ever You Go"