środa, 29 października 2014

Hotel Andersia w Poznaniu, czyli gdzie weganie to goście drugiej kategorii.

Początkowo miałam ochotę wylać swoje żale na facebookowym profilu mojego bloga. Powiedzieć o tym, że coś jest nie halo, ale potem uznałam, że otchłań tego profilu szybko przepuści informację przez siebie i ona zniknie, odejdzie w zapomnienie, a gdy napiszę to tutaj to przekaz będzie trwalszy. 
Nie lubię specjalnie narzekać, ale czasami, jeżeli chcę, aby problem zobaczył światło dzienne to nie mam innego wyjścia. Muszę. 
W miniony weekend byłam na balu z okazji zakończenia studiów. To, że nie za bardzo miałam ochotę na taką imprezę jest dość oczywiste dla każdego, kto trochę mnie zna. Na takich imprezach czuję się jak słoń w składzie porcelany, bo wydaje mi się, że zupełnie tam nie pasuję. Zrobiłam to po części dla przyjemności moich rodziców, po części dlatego, że w sumie nie wiem, czy będę mieć jeszcze okazję, aby uczestniczyć w takiej imprezie. Jak też poradziła mi siostra, zawsze lepiej jest żałować, że się było nie, że się nie było. Wybrałam się.
Była czerwona sukienka, czarne szpilki i pełen makijaż, czego raczej nie w moim przypadku nie uświadczycie za często. Zwłaszcza tego ostatniego. Nie umiem się malować. Nawet jakbym chciała to nigdy nie pamiętam o tym, żeby chociaż tuszem musnąć rzęsy przed wyjściem z domu, a pewnie powinnam o tym pomyśleć czasami, żeby dodać sobie powagi. ;)
Nieważne. Przejdźmy do sedna.
Na dwa czy trzy dni przed imprezą zadzwoniła do mnie moja kumpela i organizatorka całego przedsięwzięcia  z zapytaniem co bym chciała jeść. Lekko zgłupiałam, ponieważ nie umiem tak z głowy rzucić, co bym widziała na talerzu,  nie będąc wcześniej gościem hotelu Andersia w Poznaniu i nie znając ich możliwości ( teraz już wiem, że są żenujące) . Może, gdybym zobaczyła przewidziane menu to byłoby łatwiej, bo mogłabym zasugerować czym roślinnym mogliby mi to zastąpić. Powiedziałam jej, aby koniecznie wyraźne podkreśliła, że nie jem mięsa, ryb, jajek, mleka, serów, ogólnie nabiału. Koleżanka, która nie wyrastała w polskich realiach uznała moją prośbę za przesadę. Przecież tam pracują wykształcenia kucharze... No cóż, ja dobrze wiem, jak wielkim problem jest kuchnia roślinna nawet w restauracjach z górnej półki i kilku gwiazdkowych hotelach. Jeżeli nie jest to ustawione wydarzenie lub jeżeli nie patrzy się kucharzom na ręce, jeżeli nie wytłumaczy się, jak krowie na rowie, co i jak, to ugotowanie wegańskiego posiłku ich przerośnie.
Ja naprawdę wielokrotnie już doświadczałam rozmaitych "przygód", a w dodatku wielu moich znajomych raczyło mnie swoimi niemiłymi przeżyciami po wizytach w hotelach i restauracjach tzw. wyższej klasy.
Dla moich kolegów oraz koleżanek z roku przygotowano stół szwedzki, z którego w każdej chwili mogli sobie po coś sięgnąć. Ja miałam otrzymać osobny posiłek. Na samym początku, kiedy impreza się rozkręcała większość osób ruszyła w stronę stołów z jedzeniem. Nie bardzo wiedziałam czy, jak i kiedy otrzymam mój posiłek, więc wybrałam się z koleżanką potowarzyszyć jej i zerknąć przy okazji, jak wygląda menu na taką okazję w tego typu hotelach. Okazało się, że pojawiły się sałatki, które były ściśle warzywne, jakieś marynowane grzybki, patisony i oliwki, pieczywo, pieczone ziemniaki i ratatouille. Byłam dość głodna, dlatego nałożyłam sobie talerz deserowy tego, co udało się mi przebrać spośród tych niewegańskich potraw. Wyglądało całkiem ładnie, trzeba przyznać, ale dla mnie warzywa na talerzu są prostu atrakcyjne i żadna to sztuka skomponować apetyczny talerz z roślinnym jedzeniem.
Smakowało średnio, bo właściwie zarówno sałatki, jak i ratatouille były raczej bez smaku. Wiem, jako założycielka i członkini Vegan Hooligan Crew, że masowe gotowanie nie jest proste, ale jednocześnie, skoro my, tacy amatorzy i amatorki radzimy sobie całkiem nieźle to wypadłoby, aby czterogwiazdkowy hotel też temu podołał. Moje oczekiwania wobec Andersii były zdecydowanie na wyrost. Może, gdybym nie zajmowała się gotowaniem z taką pasją, może, gdybym nie bywała w tylu znakomitych restauracjach wegańskich to rzeczywiście myślałabym, że się nie da ugotować z roślin niczego porywającego. "Niestety" doświadczyłam wspaniałej kuchni wegańskiej i wiem, jak proste jest przygotowanie cudownych dań z roślin. Dlaczego tak wieku ludzi radzących sobie z kuchnią tradycyjną nie rozumie, że w kuchni roślinnej obowiązują te same zasady co do przyprawiania i dodawania smaku potrawom?
W końcu starościna roku zainteresowała się moim jedzeniem, wskazała mnie obsłudze, aby wiedzieli do kogo trafić z talerzem.
Podczas, kiedy jadałam to, co udało mi się przebrać przy szwedzkim stole, pojawił się kelner z ogromnym talerzem makaronu. Dla mnie. Makaronu z oliwą, pietruszką, pomidorkami koktajlowymi. I... jakżeby inaczej - parmezanem ( nie będę już nawet wspominać, że mocno podejrzewam, że makaron był jajeczny.., bo jakiś taki przesadnie żółty...). Kelner oczywiście zastrzegał, że te starte, ewidentnie śmierdzące serowe płaty są wegańskie, ale obiecał iść do kuchni się upewnić. Oczywiście miałam rację. Tłumaczył coś rozmachem kucharza, zabrał talerz i zniknął obiecując wymienić danie. Wymiana polegała dokładnie na tym samym, czego spodziewałabym się po bardzo podrzędnej restauracji. Wyjęto mi kawałki parmezanu i odniesiono ten sam talerz. Oczywiście zrobiono to na tyle nieumiejętnie, że zostało tam kilka, które już usunęłam sama, a które były dowodem na to, że danie wcale nie zostało wymienione. Otóż, wyciągnąć sobie ten parmezan mogłam sama, a tak pozostał niesmak, że ktoś grzebał w przygotowanym dla mnie jedzeniu, wyobraźnia zaczynała działać, kosztem apetytu, który malał do niej wprost proporcjonalnie.
Trochę to podzióbałam, ale z racji, że miałam za sobą przystawkę ze szwedzkiego stołu, a do tego cała ta sytuacja z parmezanem zwyczajnie mnie zestresowała, bo to naprawdę nie jest miłe, gdy muszę robić zamieszanie, bo kogoś, kto przecież pracując w tej klasy hotelu musi mieć kulinarne wykształcenie i doświadczenie przy tym, przerasta zrobienie wegańskiego posiłku. Błagam.
Rozumiem, że ktoś może nie rozumieć czym weganizm jest. Jasne, nie dla każdego musi być to oczywiste, ale przecież żyjemy w XXI wieku, w dobie internetu, dostępu do informacji. Jeżeli czegoś nie wiemy to możemy to sprawdzić niemal w każdej chwili. W takim świecie żyjemy. Świecie niemal nieograniczonego dostępu do informacji.
Jednak, jak widać na załączonym w mojej historii obrazku, dla kucharzy hotelu Andersia w Poznaniu nie jest proste.
Ja czuję się rozczarowana, bo to wydarzenie znacząco popsuło mi zabawę. Czuję się oszukana, bo zapłaciłam 200 zł za uczestnictwo w tym wieczorze, nie licząc dodatkowych kosztów, z którymi wiązało się przygotowanie. W sumie wydałam co najmniej kilkaset złoty, aby poczuć się w pewien sposób dobrze i wyjątkowo, aby móc w innymi świętować otrzymanie dyplomu lekarza. Zawiodłam się ogromnie.
O coś słodkiego, jako alternatywę dla tych wszystkich ciast, ciasteczek i babeczek dla mnie nawet nie śmiałam pytać, bo naprawdę bałam się czym to się skończy.
Jestem rozczarowana. Siedzący obok mnie obcokrajowiec stwierdził, że bycie weganinem czy weganką w Polsce musi być ogromnie trudne. Ja się już tylko bezradnie uśmiechnęłam i pomyślałam, że pół dnia tamtejszej soboty spędziłam nagrywając film o wegańskich produktach dostępnych w naszych sklepach, przekonując jakie to łatwe, coraz łatwiejsze jest przebierać w roślinnych produktach nawet  w zwykłych delikatesach pod domem. Rzeczywiście tak uważam, ale jednocześnie jestem oburzona tym, że dla ludzi pracujących w gastronomii, i to tej z wyższej półki, weganizm jest tak obcy.
Żyję podobno w wolnym, cywilizowanym kraju. Niektórzy są nawet skłonni powiedzieć, że tolerancyjnym.
To, co mnie spotkało udowadnia mi tylko, że do cywilizacji nam daleko. Potraktowanie mnie, jako weganki w hotelu Andersia świadczy jedynie o tym, że nie ma tu miejsca na życie według innych zasad etycznych, moje wybory są ignorowane i bagatelizowane. Można się ze mną nie zgadzać, ale myślę, że powinno się szanować. Zwłaszcza, że jestem ich gościem, płacę za usługę i oczekuję, że moje, wcale niewygórowane, oczekiwania zostaną spełnione. Chociaż na minimalnym poziomie.
Hotel Andersia zupełnie nie spełnił tych oczekiwań. Szkoda, bo takiego zacofania z ścisłym centrum Poznania nie spodziewałam się nawet ja, osoba nastawiona raczej sceptycznie do kulinarnych możliwości polskich hoteli.

Kilka miesięcy temu na słynnym blogu Jadłonomia, pojawił się wpis o Krakowie, gdzie autorka przy okazji pobytu w tym mieście jest goszczona przez Hotel Sheraton Kraków. Oczywiście, że zdaję sobie sprawę, że Andersia jest kilka półek niżej, ale to nie jest wytłumaczenie tak niskiego poziomu jedzenia. Chwali się miedzy innymi cudami, jakie przygotował dla niej szef kuchni. Wspaniałe, wymyślne jedzenie. Wiadomo - fajnie i jasne, że da się to zrobić, ale wcale nie chodzi o to, żeby było aż tak. Chcemy, aby było normalnie i roślinne jedzenie rzeczywiście zagościło w każdym menu.

Mój przypadek sprawił, że akcja Roślinniejemy Stowarzyszenia Otwarte Klatki wydaje się być wyjątkowo potrzebna. Musi trafić pod strzechy przeciętnej restauracji, knajpy i bistro, ale okazuje się, że wegańska interwencja i rewolucja jest równie niezbędna i konieczna w knajpach i hotelach z wyższej półki, bo tam jest tak samo słabo, jak nie słabiej... Może ich polityka polega na tym, że są na tyle bogate, że nie muszą już dbać o klientów i gości w takim stopniu, jak te mniejsze, drobniejsze miejsca i takie przypadki , jak ja nie spotkają się z szacunkiem...  Ale czy aby na pewno ta droga jest słuszna? Mi się wydaje, że jest to droga donikąd.
Ocenę pozostawiam Wam, a Hotelu Andersia w Poznaniu nie polecam, nie tylko weganom, ale wszystkim, którzy stawiają na jakość. Radzę wybrać miejsce, gdzie dba się i szanuje KAŻDEGO klienta czy klientkę. 

poniedziałek, 27 października 2014

Dyniowy tofurnik na zimno.


Czy wszyscy już wiedzą, że jestem wielką fanką dyni? Chyba tak... Jak nie, to oznajmiam jeszcze raz: jestem OGROMNĄ fanką dyni, co zresztą widać po moim blogu i przepisach, które na nim widnieją. Obiecałam sobie w tym roku ugotować i upiec trochę smakołyków ze starych przepisów, żeby móc porobić do nich nowe zdjęcia, jednak oczywiście przepisów do jest mnóstwo i ciężko mi wracać do tych już choć raz zrealizowanych. Inne proszą: "Zrealizuj mnie, wybierz mnie, mnie mnie". Serio, serio.
Wielokrotnie piekłam wegańskie dyniowe bezserniki. Opierałam się na przepisie z The Post Punk Kitchen, bo bardzo lubię tę recepturę. W dodatku mało co budzi we mnie tyle zaufania, co przepisy od Isy Chandry Moskowitz. Robiłam ostatnio tofurnik chałwowy i choć pewnie, jak to z reguły z przepisami bywa, nie odkryłam Ameryki, ale przyszło mi do głowy, że dobrym patentem będzie zrobienie podobnego ciasta, ale właśnie z moją ukochaną dynią. Jak to z pomysłami bywa, trzeba je realizować od razu, stąd od myśli do czynu droga byłą krótka.
Co tu dużo pisać. Ciasto jest pyszne. Ja zdecydowałam się na korzenne wegańskie ciasteczka na spód, bo można je dostać w praktycznie każdym sklepie, ale spokojnie możecie zastąpić go migdałowo-daktylowym, podobnym, jak w tej recepturze. Polecam ten zabieg osobą nietolerującym glutenu i jednocześnie zachęcam, żeby dodać do daktylowo-migdałowej masy odrobinę przyprawy do piernika, aby całkowicie nie stracić korzennego posmaku, jakie zapewniają herbatniki.
Lubię robić ciasta, bo są bardzo wdzięcznymi modelami do zdjęć. Nawet nie trzeba martwić się specjalnie o tło, ani nic z tych rzeczy, bo same w sobie są piękne. Ja mogę na nie po prostu patrzeć i już mi lepiej. Gorzej jest z jedzeniem, bo wbrew temu, co mogłoby się wydawać po przejrzeniu bloga, wcale takim łasuchem nie jestem. Wolę konkrety i wypasionym obiadem szybciej kupi się moje serce, niż jakimkolwiek ciastem. Choć przyznaję, dyniowy tofurnik na zimno to mistrzostwo i jeżeli takimi łakociami mam sobie osładzać kawę, to budzi się we mnie łasuch do potęgi entej. :) 



Składniki:
  • 130 g korzennych wegańskich ciasteczek 
  • 4 łyżki masła orzechowego
  • 450 g tofu 
  • 500 ml mleka kokosowego ( jeżeli nie macie, może być 400 ml kokosowego i 100 ml innego roślinnego np. sojowego, ryżowego, owsianego) 
  • 1 szklanka cukru
  • 1 łyżka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • 2 szklanki musu dyniowego
  • skórka starta z pomarańczy
  • sok z jednej pomarańczy i  jednej cytryny 
  • kilka szczypt gałki muszkatołowej 
  • kilka szczypt imbiru
  • kilka szczypt cynamonu
  • 2 kopiaste łyżeczki agaru 
Ciasteczka zmielić rozdrabniaczem, blenderem lub młynkiem do kawy. Dodać masło orzechowe i wymieszać najlepiej przy użyciu blendera. Tak przegotowaną, plastyczną masą ciasteczkową wykładamy spód tartownicy lub tortownicy. Można uprzednio wyłożyć ją papierem do pieczenia lub ja 
Tofu zblendować z sokiem z cytryny i pomarańczy. Dodać mus dyniowy i jeszcze chwilę miksować przy pomocy blendera. Im dłużej, tym gładsza i delikatniejsza wyjdzie nasza masa. W rondelku zagotować mleko kokosowe, cukier, cukier waniliowy, skórkę pomarańczy, korzenne przyprawy i agar. Gdy zacznie się gotować zdjąć z ognia i dodać do masy z tofu i dyni. Ponownie wymieszać masę przy użyciu blendera. Dokładnie i tak, aby wyszła możliwie najgładsza. Masę wylewać na przygotowany wcześniej spód ciasteczkowy. Podawać ze świeżymi owocami ( u mnie figi) i miętą oraz posiekaną gorzką, wegańską czekoladą.




A teraz troszkę tańca, żeby spalić co się zjadło i mieć miejsce na więcej i więcej ;)