niedziela, 7 września 2014

Bezglutenowe wegańskie pankcakes. Amerykańskie naleśniki w wersji zdrowszej. Równie smacznej.

Po przerwie, podczas której zajęłam się recenzowaniem, wracam do Was z nowym przepisem. Moje, subiektywne opinie na temat różnych miejsc jeszcze pojawią się na blogu nie raz, ale mam w zanadrzu tyle pomysłów do zrealizowania, że muszę się też zająć gotowaniem. Wprawdzie może to być nieco utrudnione przez WIELKIE życiowe zmiany, które właśnie się dokonują, a których boję się tak samo, jak się nimi cieszę. Tak czy siak, będzie fajnie i zabawnie, będę się dużo uczyć, gotować, jak w amoku jak zwykle, spotykać ludzi (może bardziej mijać ludzi, bo moje relacje interpersonalne chyba ostatnio bardziej na tym polegają ;)), szlajać się po wege knajpach, pstrykać foty, pisać bloga i coś jeszcze. Będzie dużo muzyki, książek, spacerów, rowerów. Zawsze jednak aktualizuję fanpage Hello Morning i zachwycam się światem wokół przez Instagram, więc tam zapraszam, tam mnie znajdziecie. Co za szczęście, że mamy smartfony... ;)

Z bezglutenowym jedzeniem jestem raczej na bakier. Wiadomo, że jem jaglankę czy gryczaną w rozmaitych wariantach. Zazwyczaj w formie obiadu, ale desery na bazie kasz, orzechów i ziaren też się pojawiają tu i ówdzie, ale głownie dlatego, że są po prostu pyszne, a nie ze względu na brak glutenu. Nie piekę bezglutenowych ciast, bo podjęłam się raz - nie wyszło i mi się odechciało, choć czasem bawię się w te na surowym spodzie z suszonych owoców i orzechów. Pancakes zazwyczaj przygotowuję na mące pszennej pół na pół białej i razowej, ale ostatnio napadała mnie ochota na odmianę. Chciałam zjeść coś, co będzie zarówno pyszne, jak i nieco bardziej odżywcze. Oczywiście takie rzeczy zdarzają mi się zawsze wtedy, kiedy nie jestem na to przygotowana. Przejrzałam jednak solidnie zawartość szafek oraz szuflad i stworzyłam takie oto cudo. 


Podałam je z powidłami śliwkowymi i jabłkami. Polałam oczywiście syropem klonowym, bo co to za pancakes bez tego syropu... Pyszne, zdrowe, odżywcze. Na śniadanie w sam raz. 


Tak więc mam za sobą próbę smażenia bezglutenowego. Pancakes wyszły ekstra, więc kolejnym wyzwaniem będą klasyczne, duże cienkie naleśniki w stylu francuskim. Internet już biegnie do mnie z pomocą, więc pewnie też wyjdą, jak marzenie. Chyba z jakimś konkretnym farszem w warzyw je podam...?  Na obiad?  Jak czas pozwoli i należyty apatyt wróci ... 
Tymczasem zostawiam Was z przepisem na te urocze placuszki i życzę miłej niedzieli. 



Składniki:
  • 1/2 szklanki kaszy gryczanej niepalonej ( zmielić w młynku do kawy na mąkę)
  • 1/2 szklanki kaszy jaglanej ( zmielić w młynku do kawy na mąkę)
  • 2 łyżki siemienia lnianego, zmielić
  • 2 łyżki płatków migdałowych, zmielić
  • 3 łyżki mąki kukurydzianej 
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej 
  • 1 łyżka oleju 
  • 1 szklanka mleka ryżowego waniliowego albo innego roślinnego
  • 1 szklanka wody mineralnej gazowanej ( może być też niegazowana, zwykła, jeżeli nie macie) 
  • 1 łyżka syropu klonowego 
  • do podania: powidła, świeże owoce, syrop klonowy 
W misce mieszamy suche składniki. w drugiej mokre, a następnie dodajemy całą zawartość do miski ze suchymi składnikami. Mieszamy, a następnie przez chwilę bledujemy ręcznym blenderem. Ciasto będzie dość rzadkie. Na rozgrzaną delikatnie spryskaną olejem patelnię, najlepiej taką do naleśników, bo jest płytka i łatwo obraca się placki,  nakładamy po około dwie łyżki ciasta. Ja robię to na oko, bo ładniejsze placki wychodzą, gdy nalewam na patelnię masę bezpośrednio z pojemnika, w którym przygotowywałam ciasto. Smażymy naleśniczki z obu stron na złoty kolor. Jednorazowo powinny się zmieścić 4-5 na patelni. Układamy je na sobie tworząc wieżę placków, na wierzchu zdobimy powidłami i jabłkami, polewamy syropem klonowym i zajadamy popijając do tego pyszną, czarną kawę. Hello Morning!
Smacznego! 




A teraz leniwie snujemy się po domu w rytm muzyki, popijając kawę, nucąc i kręcąc biodrami... Nawet, gdy są tak szczątkowe, jak moje ;) 


wtorek, 2 września 2014

Miejsca w Poznaniu - miXtura vege cafe.


 

MiXtura vege cafe to kolejne miejsce, które wrzucam na moją poznańską mapę knajp z wegańskim jedzeniem.  Jest stosunkowo nowa, bo nawet jeszcze nie skończyła roku, ale od niemal początku cieszy się dużym zainteresowaniem. Mieści się w lokalu po dawnej Ekowiarnii, ale całkowicie różni się od poprzedniczki, zarówno wystrojem, jak i menu. Przez moment bywałam w miXturze przynajmniej raz w tygodniu, bo stała się miejscem spotkań Vegan Hooligan Crew przed wakacyjną przerwą. Jest na tyle dużą przestrzenią, że zawsze było gdzie usiąść i pogadać. Wakacje to rozjazdy, więc z raz w tygodniu zamieniło się na raz w miesiącu.  
Zacznę od lokalizacji. MiXtura znajduje się w Pasażu Apollo, a to oznacza i niewtajemniczonym podpowiadam, że jest w centrum miasta. Nie gwarantuje to jednak, że zabłąkany turysta trafi tam bez problemu. Choć, gdy uda nam się zlokalizować owy Pasaż, idąc od ulicy Ratajczaka bądź Piekar, nie powinno być już większych kłopotów z trafieniem, gdzie trzeba. 
MiXtura sąsiaduje z kinem Apollo i może poszczycić się całkiem pokaźnym tarasem, na którym teraz - w sezonie wiosenno-letnio-jesiennym - możemy przycupnąć na meblach zbudowanych między innymi z europalet czy krat po napojach. 
Wnętrze również jest dość spore, więc pozostawia niezłe pole do popisu twórczym umysłom. Dzięki temu mogłyby się tam odbywać drobne spotkania, pokazy, wernisaże czy koncerty, na które właściciele lokalu są szczerze otwarci, o czym przekonało się VHC organizując tam "Słodką MiXturę", czyli weekendową cukiernio-kawiarnię będącą benefitem na Otwarte Klatki. Notabene, chyba była to najlepsza i najskuteczniejsza impreza w historii naszej grupy. 

Wnętrze urządzone jest raczej w minimalistycznym stylu - dość surowo, bazując trochę na recyklingu, trochę na D.I.Y. Menu rozpisane na pomalowanej kredową farbą ścianie, a na półkach znajdziemy spory wybór niszowych piw i rozmaitych niekorporacyjnych napoi chłodzących takich, jak kola czy mate. Może nie jest tu bardzo spójnie, ale generalnie  wpisuje się w obecnie panujące trendy, więc jest dobrze. 




Czego spróbujemy w MiXturze? Menu chyba i tu, zgodnie z panującymi trendami - w każdym razie w Poznaniu, jest raczej mało rozbudowane. Do wyboru mamy trzy burgery - jaglany, buraczany i wiośniak z brokułem,  frytki z selera z majonezem roślinnym, danie i zupę dnia oraz ciasto. Dla mnie jedzenie w miXturze ma pewną wadę. Otóż jest nierówne. Nawet, gdy zamawiam dokładnie to samo, jak np. burgera to raz smakuj dobrze, a raz średnio. Podejrzewałam, że to coś ze mną jest nie tak, ale słyszałam takie zdanie od kilku znajomych, więc coś chyba jest na rzeczy.


Zacznę od burgerów.  Serwowane są w żytniej bułce, która choć bardzo smaczna jest dość kłopotliwa przy jedzeniu. Głównie ze względu na wysokość, a już zwłaszcza, gdy zostanie zbyt mocno spieczona lub zamówimy opcję XL. Jeżeli nieodpowiednio do niej podejdziemy całe wnętrze może znaleźć się poza pieczywem, w najlepszym wypadku na talerzu, a nie na nas. Niektórzy są zdania, że burger, którym się nie upaprzesz to nie burger, więc może tak być musi. Choć ja sama lubię takie bułki do burgerów, które da się "zgnieść" przy jedzeniu- miękkie i słodkawe. Dla zainteresowanych dodam, że jest możliwość zamówienia burgera w bułce bezglutenowej, a to jest bardzo na plus przy obecnie panującej modzie na GF. Mocną stroną burgerowych kotletów jest fakt, że są pieczone, a nie smażone. Podawane z wegańskimi sosami i świeżymi warzywami, z możliwą opcją sera wegańskiego za niewielką dopłatą. Burgery są według mnie takie "domowe", co niektórzy cenią, a inni trochę ponarzekają, bo choć burger kojarzy się raczej z fast foodem, tym mixturowym jest bliżej jednak do slow foodu. Mi to  pasuje, wszystkich jednak tym nie zadowolimy.
MiXtura stricte wegańska nie jest, więc pamiętajmy o tym, zamawiając burgera, bo istnieje też opcja sera odzwierzęcego i na wszelki wypadek przypomnijmy, że prosimy o wersję vegan. 
Ja najczęściej kuszę się na jaglanego, bo buraczane mi się lekko przejadły (teraz naprawdę są już wszędzie, bo takie smaczne i proste w przygotowaniu, a poza tym robiłam je najczęściej w domu, a w knajpie wolę wybrać coś, czego sama nie gotuję, bo mi się nie chce). Z wiośniakiem jakoś się nie zaprzyjaźniłam. Nie wiem. Chyba ta nazwa. 


Dania dnia jadałam kilka razy, jednak nigdy nie miałam szczęścia trafić na coś, co naprawdę mnie zachwyciło. Ze względu na to, że menu jest zmienne to bardzo trudno wypowiadać na jego temat. Wszystko zależy zapewne od tego na co traficie, co lubicie, a i pewnie o jakiej porze dnia je jecie. Ja jestem koszmarnie wybredna i krytyczna. Wynika to po części z tego, że sama sporo gotuję,a w dodatku apetyt rośnie w miarę jedzenia i z biegiem lat rosną też nasze wymagania wobec tego, co nam serwują. To co jeszcze kilka lat temu zachwycało, dziś niekoniecznie kupujemy. Wydaje mi się, że jestem też bardziej krytyczna, jeżeli chodzi o wege miejsca, bo wiem, że mogę od nich oczekiwać więcej niż od przeciętej knajpy.
Najfajniejszą propozycją, jaką widziałam w miXturze była pizza na jaglanym spodzie, natomiast ostatni raz, kiedy skusiłam się na danie dnia jadałam ryż z kokosem, tempeh w cytrynowej marynacie, grillowanego ananasa i jakąś surówkę do tego, ale niestety danie było suche i pomimo ciekawie brzmiącego połączenia smaków zniechęciło mnie. Potem nawet zastanawialiśmy się czy nie zapomnieli polać go sosem, bo na FB danie to było czymś polane, natomiast moje nie. Może jakiś wypadek przy pracy, może sos się skończył. W końcu praca w gastronomi to niezła orka i zdarzają się wpadki.
Wydaje mi się, że czasami w daniu pojawiał się jakiś dodatek czy przypawa, za którą akurat ja nie przepadam, ale ktoś inny może kochać i dlatego nie trafiały w mój kulinarny gust. Dla mnie dania w miXturze są trochę przekombinowane, bo choć cenię innowację w kuchni, co chyba widać po blogu, to uważam, że aby je wprowadzać trzeba mieć niemało doświadczenia i pomysłowości. Myślę, że silenie się na oryginalność jest tutaj głównym problemem, a jednocześnie jakąś próbą powielania innych. Ja czekam na coś, co mnie zaskoczy, na coś nowego. Nie twierdzę, że wzorowanie się jest czymś złym, ale to nie uczyni tej knajpy kultową, a myślę, że miałaby takie aspiracje i ma ku temu potencjał. Na miejscu miXtury, wzorców szukałabym poza granicami Poznania. Zastanowiłabym się czego w mieście jeszcze nie ma i na to postawiła. Może po prostu nastawić się na burgery? Zacząć wypiekać samodzielnie bułki i co kilka miesięcy odświeżać menu? Kilka dużych polskich miast ma już swoje miejsca - wegańskie burgerownie? Zdrowy, solidny fast food wszędzie jest mile widziany.

Większość potraw - dań dnia -  zawiera trzy składowe i zazwyczaj znajdzie się tam coś surowego, a to zawsze doceniam, bo ostatnio jadłam w jednej z wrocławskich knajp zestaw, w którym zabrakło tej "surowizny", a bardzo lubię coś świeżego, orzeźwiającego, zwłaszcza w wyrazistych, indyjskich czy arabskich potrawach. Wrócimy jednak do miXtury - dania są spore, więc spokojnie się nimi najecie, a nawet mogą okazać się za duże, jeżeli nie jesteście łakomczuchami, jak ja. Zainteresowanych odsyłam na fanpage miXtury, gdzie w miarę regularnie aktualizowane jest menu, niejednokrotnie z prezentacją dania dnia bądź ciasta.

Kolejną stałą częścią menu są frytki z selera, które może dla nas, wegan nie są jakąś specjalną nowością, ale do tej pory nigdzie w Poznaniu nie serwowano ich na stałe, a dla przypadkowych osób, które trafiają do miXtury mogą okazać się świetną odmianą od ziemniaczanych. Można zjeść zestaw składający się z buraczanego burgera z selerowymi frytkami, a to dla zabłąkanego tam mięsożercy może okazać wielkim odkryciem, a najlepiej zmianą podejścia do życia i odrzucenie mięsa ;) Do frytek podawany jest majonez sojowy i jedyne, co bym w nich zmieniła to ilość soli. Są ciut za słone. 


Oprócz tego w menu znajdują się mikstury, od których zapewne pochodzi nazwa miejsca, czyli soki, tudzież smoothies warzywno-owocowe, które możecie skomponować według własnego uznania, smaku, nastroju. Znajdą się też tu rozmaite wegańskie ciasta. Z reguły jedno do wyboru. Czasem też pojawią się jakieś roślinne desery. Jest też oczywiście kawa, herbaty w imbryczkach, opcja mleka sojowego, a dla tych, co wolą bez kofeiny znajdzie się zbożowa Inka.

Podsumowując, miXtura jest miejscem, gdzie wyskakuje się na nieoficjalny lunch, czyli mogę iść tam na burgera z mamą czy tatą, kiedy jesteśmy w mieście i trzeba przegryźć coś wegańskiego, przyjaciółką czy chłopakiem, spotkać się z ekipą VHC, ale raczej jakbym miała ochotę lub potrzebę elegancji, szukałabym czegoś bardziej oficjalnego to raczej musiałabym celować gdzie indziej. Ponadto pomimo, że burgery wydają się być totalnym fast foodem, w zależności od liczby gości czasami trzeba sobie trochę poczekać na jedzenie. Zawsze można wówczas sięgnąć po książkę na mixturowej półce, pogawędzić z osobą towarzyszącą czy też poserfować po sieci, korzystając z dostępnego dla gości WiFi. (Ja kiedyś nawet dla zabicia czasu zabrałam sobie Scrabble i rozegrałam rundkę, czekając na jedzenie ;) )
Niewątpliwą zaletą tego miejsca jest przestrzeń. Może brakuje tam nieco spójności i sprawia wrażenie niewykończonej - jakby w trakcie zabrakło pomysłu,  ale myślę, że to kwestia czasu, aby i tu postawiono taką kropkę nad "i". Na pewno ma potencjał i mam nadzieję, że będzie się rozwijać i rosnąć w siłę.

Czy warto zaglądać do miXtury? Myślę, że jak najbardziej. Ja sama będąc w Poznaniu będę tu czasem wpadać z miłą chęcią i patrzeć, jak się rozwija.

Dodatkową zaletą  miXtury jest możliwość przyjścia tam ze swoim pupilem. Ja Malaikę zabieram, gdzie się da, bo lubimy się socjalizować i każda "dog-friendly" knajpa ma u nas dodatkowy plus. 


Jako weganka oczywiście miałabym takie życzenie, aby stało się ono w 100 % miejscem serwującym kuchnię roślinną. Jak widać na przykładzie innych wegańskich miejsc w Poznaniu jest to zarówno wykonalne, a przede wszystkim cieszy się niegasnącym zainteresowaniem.  
MiXtura? GO VEGAN! :)