wtorek, 25 listopada 2014

Batony od Zmiany Zmiany, czyli mało obiektywnie, a lekko osobiście o dobrym jedzeniu. Jak zawsze u mnie. :)

Zmiany Zmiany to dwa słowa, które lepiej niż każde inne pasują do tego, co ostatnio dzieje się wokół mnie. Nowe miasto, nowy szpital. Ludzie też bardzo brand new. 

Jednak nie o tym dziś, a o batonach. Nowych, innowacyjnych, choć jednocześnie wcale nie wielce odkrywczych, w końcu surowymi bakaliowymi D.I.Y. kulkami, pralinkami i domowymi batonikami zajadamy się od czasu do czasu. Dziś mowa o batonach produkcji Zmiany Zmiany.


Są wegańskie, bezglutenowe i bez dodatku cukru. Dla wielu niewtajemniczonych osób połączenie tych trzech określeń możne znaczyć jedno - obrzydlistwo. To nie może smakować. 
Bynajmniej. Smakuje bardzo, bardzo dobrze. Ja po jednym takim batonie wpadam w lekką hiperglikemię, bo bakaliowy skład sprawia, że są naprawdę  słodkie, ale kubek kawy lub herbaty do tego stawia mnie na nogi, jak mało co. Mogłabym jeść połowę i sięgać po drugą, gdy znów dopada mnie ochota na słodką przekąskę, ale moje łakomstwo wygrywa z rozsądkiem w tym przypadku.... Zresztą nie tylko w tym. 

Moja przygoda ze Zmiany Zmiany zaczęła się w sumie kilka miesięcy temu. Po raz pierwszy spróbowałam tych batonów jeszcze w wersjach i opakowaniach testowych po którejś tam wrocławskiej Kuchni Społecznej pod Pałacykiem. 
Później pojawiły się na zaproszenie Vegan Hooligan Crew podczas Słodkiej Zemsty, czyli pierwszej weekendowej cukierni organizowanej przez naszą załogę w Poznaniu. Wówczas podbiły niejedno serce, a ja z pozostałym zapasem chodziłam po znajomych i zachęcałam do spróbowania - "bo zdrowe, bo pyszne".  Byłam niczym domokrążca i nawet na facebookowym wpisie dziewcząt w Wypasu pojawiło się wspomnienie o Maddy z Vegan Hooligan Crew, która od czasu do czasu wpadała do remontowanego jeszcze lokalu na Jackowskiego z paczką tych energetyzujących przekąsek. Na poratowanie zmęczonych remontem wypasionych pań. 
Od tej chwili minęło sporo czasu, a ja już nie krążę z batonami po Poznaniu. Po pierwsze nie mieszkam już tam, po drugie nie muszę, bo produkcja batonów ruszyła na dobre i same krążą już po całej Polsce z dnia na dzień zyskując na popularności. Można je nabyć w bardzo wielu miejscach - zarówno stacjonarnych, jak i internetowych, o których Zmiany Zmiany informują sukcesywnie na swoim facebook'owym profilu

Co trzeba wiedzieć? 
Są to pierwsze tego typu batony produkowane w Polsce. Każdy waży 69 g i jest zamknięty w bardzo ładne, stylowe opakowanie. 
Wszystko jest bardzo spójne. Naturalna, prosta receptura, bo każdy baton zawiera zaledwie kilka składników, które stanowią bakalie, nierafinowanych tłuszcz kokosowy i kakao w przypadku Kosmosu oraz papierowe, dwukolorowe opakowanie przypominające zwykły, szary papier. Całość zwieńcza skromna, czarna grafika. Nie ma przaśności, nie ma przekombinowania. Fajnie, skromnie, estetycznie.
Warto trzymać je w lodówce, bo schłodzone dużej utrzymują świeżość, są lepsze w smaku i mają bardziej "chrupką" konsystencję.

Niewątpliwie Zmiany Zmiany wyróżniają się i to w bardzo pozytywny sposób. Sprzedają dobrej jakości jedzenie, więc nie muszę być przaśne, krzykliwe i nachalne, jak każdy byle jaki produkt na naszych sklepowych półkach. To duży luksus i wciąż niewiele marek na polskim rynku może sobie na to pozwolić.

Mój faworyt z owocami goji. 
Jak na razie mamy do wyboru trzy wersje batonów. 
Mój faworyt "Lewy sierpowy" - za owoce goji i nazwę, kakaowy "Kosmos", który jest idealny dla pracujących umysłowo i uczących się (czyli dla mnie!) oraz "Aloha" -  baton w wakacyjnym akcentem, bo koksem w składzie, a kokos to wiadomo - moje drugie imię. ;)
Sięgam po różne smaki w zależności od okoliczności. Czasem rozsmakowuję się w jednym, a czasem w drugim... innym razem w trzecim....

A tak wygląda Aloha po odpakowaniu. Pozostałe batony wyglądają bardzo podobnie. Łewy Sierpowy ma czerwony dodatek w postaci jagód goji, a Kosmos ma ciemny, kakaowy kolor.

Dla kogo takie batony?
Dla wszystkich. Serio. Dla małych i dużych, dla chłopców i dziewczynek, dla pań i panów, dla dziewuch i kolesi. ;) 
Dla tych bardzo aktywnych i tych mniej. Dla pracujących fizycznie i tych główkujących. W domu i w pracy, w szkole, na wakacjach, w trasie, podróży. 
Dla tych, którzy lubią dobry smak, cenią zdrowie i lubią "nowe", ale jednocześnie stare smaki.

Mam nadzieję, że jeżeli jeszcze do Was nie dotarły, niebawem znajdą się w Waszych dłoniach, a potem to już będziecie robić tylko"omnomnomnomnom".

Niezły kosmos. Mówię Wam ;)

piątek, 21 listopada 2014

Karobwo-fistaszkowy pudding z nasion chia


Ostatnio jest zimniej, więc staram się sięgać po śniadania na ciepło. Owsianki i jaglanki są na topie, a zwłaszcza te pierwsze, bo przygotowuje się je błyskawicznie. Z suszonymi i świeżymi owocami stanowią doskonały start dnia, a aby dotrzeć do pracy na 7:30 potrzebuję sporej dawki energii... 
Weekend sprzyjają jednak późniejszym śniadaniom, które je się bez pośpiechu a jedną z ulubionych osób. Nie muszą one rozgrzewać tak jak te, które jem w tygodniu, ale podobnie do owsianki mają być zastrzykiem energii i dawać kopa na cały dzień. 
W jeden z listopadowych weekendów na stole pojawił się niezwykły mus. Bogaty w substancje odżywcze, minerały i witaminy. Co więcej, był pyszny, a dobry smak i zdrowie wciąż, pomimo wielu dowodów w postaci rozmaitych receptur krążących w sieci, przez wielu jest przyjmowane z niedowierzaniem. Bynajmniej. Ja coraz częściej przekonuję siebie i innych, że walory zdrowotne i smakowe można bez trudu uzyskać.  I to w jednym daniu, potrawie. Nawet zdrowe słodkości mogą być naprawdę smaczne i wywoływać szczery uśmiech, a nie tylko grymas mówiący: "O.K., wmówmy sobie, że nam to jest pyszne...", bo to, co widzicie na zdjęciach jest nie tylko pyszne, ale też odżywcze. Tak, tak. ;)



Nasiona chia (szałwii hiszpańskiej) są bardzo popularne w kulinarnej blogosferze i wariacji na temat rozmaitych puddingów w udziałem tych nasion jest naprawdę nie brakuje. Nie chciałam powielać tych najbardziej popularnych, choć oczywiście uważam je za prze-smaczne, dlatego zamiast klasycznego puddingu sięgnęłam po mus.
Takie śniadanie, tudzież deser to prawdziwy rarytas. Ma wszystko, co lubię. Jest ładny, smaczny i zdrowy. Posypany granatem i wiórkami kokosowymi oraz z listkiem mięty na wierzchu, wpisuje się w klimat Świąt Bożego Narodzenia, więc będzie to już druga rzecz, którą w tym roku proponuję, jako świąteczny smakołyk. Wiem, wiem, jestem szybka niczym dyskont spożywczy, ale cóż? Jak byłam dzieckiem bawiłam się w Gwiazdkę już przez cały listopad i ubierałam doniczkowe kwiaty w rozmaitą maminą biżuterię, aby robiły za choinkę... Zresztą, kto wie czy w grudniu znajdę czas, aby Wam coś przygotować? ;)

  

Składniki:
  • 2 szklanki mleka roślinnego ( u mnie ryżowe, waniliowe, ale możecie wybrać inne i dodać do puddingu odrobinę wanilii) 
  • 1/2 szklanki nasion chia 
  • 2 łyżki karobu 
  • 2 łyżki masła orzechowego 
  • opcjonalnie mielona wanilia, cukier waniliowy z prawdziwą wanilią lub ekstrakt waniliowy (jeżeli nie użyliście mleka waniliowego) 
  • 1/2 szklanki posiekanych daktyli
Mleko roślinne, masło, karob i wanilię wymieszaj przy użyciu blendera. Wsyp nasiona chia oraz daktyle, wymieszaj i wstaw do lodówki na noc. Po pierwszych 15 minutach od włożenia do lodówki wymieszaj nasionka ponownie. Powtórz mieszanie jeszcze raz po upływie godziny. Rano wymieszaj raz jeszcze nasionka i zmieszaj przy użyciu blendera na możliwie gładki, błyszczący mus ( wszystko zależy od mocy waszego PANA BLENDERA. Jeżeli masa wyda Wam się zbyt gęsta możecie ją rozrzedzić odrobiną mleka roślinnego.
Przełóż do miseczek, posyp orzechami i ulubiony owocami. Zajadaj na śniadanie w domu lub zabierz w pudełeczku  lub słoiczku do pracy lub szkoły na drugie śniadanie i obserwuj zazdrość w oczach współpracowników. ;)